Zaczynanie bloga było bardzo nietypowe.


Wyobraź sobie, że jest pewien „dzień zero”, od którego do Twojej codzienności dochodzi jeden, dosyć ważny element.

Zaczynasz wrzucać do netu swoją twórczość.

Swoją własną. Nie skopiowaną, nie wziętą od znajomego.  A wymyśloną i stworzoną według swojego smaku rzecz.
Bez względu na to, co masz zamiar postować. Czy filmiki na popularnej platformie, czy wiersze na fejsie czy stylizacje na Insta.
Najciekawszy jest sam ten koncept, że musisz coś wymyślić, następnie zadziałać, żeby to stworzyć, a na koniec podać światu.

Pamiętam, jak ponad rok temu sam tak miałem.

Znajoma od dobrych dwóch tygodni suszyła mi głowę, żebym w końcu założył bloga. Żebym pisał coś dla ludzi, żebym tworzył treści, które wniosą coś do życia innych.
Bo po prostu stwierdziła, że potrafię to robić. Co na początku, przynajmniej dla mnie, było nieco trudne do przyjęcia.

Jedyne o czym myślałem na początku to:
„Co? Ja? W jakim sensie? Przecież ja nawet się na tym nie znam, w jaki sposób mam zacząć coś takiego robić?”
„Kompletnie nie mam do tego talentu.”
„Kto to w ogóle będzie czytał?”

I pomimo, że tak właśnie myślałem, postanowiłem spróbować.
Nieśmiało, ale spróbować.

Znalazłem znajomego, który był na tyle miły, żeby pomóc mi ogarnąć podstawowe rzeczy, jeśli chodzi o stronę i zacząłem coś z tym wszystkim robić. Jakoś powoli iść naprzód.
Kupiłem domenę, ogarnąłem serwer, wymyśliłem layout i już miałem zapisanych prawie sto pomysłów na teksty.

Na początku nie było tak, jak jest teraz.

Nie było ładnego, minimalistycznego wyglądu bloga. Nie było różnorodności w tekstach, nie było wiedzy na temat promocji ani stawiania się w pozycji czytelnika.
Ale była świadomość, że jakoś to będzie.

I tak, tworząc przez tych parę miesięcy, dopóki to wszystko nie nabrało normalniejszego kształtu, zrozumiałem coś cholernie ważnego.

Coś, co teraz pozwala mi ogarniać każdy nowy projekt dużo szybciej i dużo sprawniej. Bez względu na to, na czym się opiera.

Dotarło do mnie, że aby móc kiedyś być w czymś dobrym, ale to tak naprawdę, naprawdę dobrym, tak, że Twoi idole stają się rywalami, najpierw musisz zacząć.

Zacząć „jakoś”.

Na pierwszy rzut oka może wydawać Ci się to wręcz infantylne i proste. Przecież kazdy wie, że aby gdzieś dojść to trzeba zacząć.
Ale pozwól mi tę myś nieco rozwinąć.

Gdy jakiś czas temu brałem się za naukę nowego języka, pomyślałem, że podejdę do tego, jak do każdego tematu, w którym jestem „zielony”.

Czyli od razu próbując znaleźć jakieś strategie, skróty i haczyki, dzięki którym od początku oszczędzę sobie roboty.

Bo jeśli są ludzie, którzy wiedzą, jak ogarniać życie; to pewnie są i tacy, którzy powiedzą Ci, jak uczyć się języków. Nie?

Zacząłem zgłębiać temat i codziennie dowiadywałem się czegoś nowego, co totalnie zmieniało moje podejście do nauki.
Gramatyka jest tylko szkieletem języka.
Słowa trzeba kojarzyć z obrazami, żeby lepiej je zapamiętać.
Wystarczy tylko miesiąc, aby móc płynnie się z kimś dogadać.

Ale z tych wszystkich strategii i tak najbardziej wyróżniała się jedna. Taka, która od początku kuła mnie w oczy.
Bo wiedziałem, jakie podejście do nauki języków ma większość ludzi i w jaki sposób uczy się ich w szkołach.

Każdy poliglota mówił, że celowanie w perfekcję na początku nauki to idiotyzm. Dosłownie każdy.
Wszyscy ciągle powtarzali, że język jest po to, aby go używać, a nie studiować.
Dlatego, żeby rozwijać swoje umiejętności z nim związane, musisz zacząć cokolwiek z nim robić. Nie czytać na jego temat, nie uczyć się tej cholernej gramatyki, a zacząć się z nim oswajać.

Słuchać, rozmawiać, czytać. Żyć nim.

Z początku na tyle, na ile potrafisz.

Z czasem i tak będziesz stawał się lepszy. A kolejne poziomy będziesz pokonywał szybciej tylko wtedy, kiedy będziesz ćwiczył.
A nie jedynie czytał o ćwiczeniu.

I tak zacząłem na ten temat myśleć, dochodząc ostatecznie do wniosku, że to podejście można z dużym sensem zaaplikować dosłownie do wszystkiego.

Chcesz zacząć biegać?

Nie musisz od razu robić maratonu. Nikt tego od Ciebie nie wymaga, abyś dostał kolorową plakietkę z napisem „biegacz”.
Wystarczy, że trzy razy w tygodniu wyjdziesz pospacerować.
Za jakiś czas przebiegniesz sobie truchtem pięćset metrów. Potem siedemset, a następnie kilometr. Będziesz wychodził tak trzy razy dziennie, aż bieganie stanie się dla Ciebie rutyną.

Od dawna myślisz o założeniu bloga?

To pisz codziennie kilkaset słów.
Tak po prostu. „Do szuflady”. Do folderu na pulpicie.
Albo od razu kup sobie domenę, jakikolwiek szablon, zrób fanpage i po prostu zacznij. Zbieraj pomysły na teksty do Evernote’a. Weź się za to jakkolwiek, byleby ten piękny projekt popchnąć choćby o milimetr naprzód.

Pewnie masz też jakiś język, w którym chciałbyś płynnie mówić. Mam rację?

Nie musisz przecież od razu zapisywać się na kurs ani kupować podręczników do gramatyki. Na początku wystarczy, że poznasz czas przeszły, teraźniejszy oraz przeszły. Będzie super, jeśli codziennie poznasz choćby pięć, jeżeli dasz radę to dziesięć nowych słów. Piętnaście to już ideał!
I po prostu je powtarzaj. Mów do siebie. Mów do znajomych. Zgadaj się z przyjacielem i obaj uczcie się tego samego. Szukaj ludzi w internecie i z nimi rozmawiaj. Nie bój się błędów i ćwicz byle jak każdego dnia.

Większość ludzi twierdzi, że aby zacząć coś robić, to wszystko musi być na tip-top.

Buty to oczywiście Nike’i, bo w innych nie ma sensu. I te skarpety specjalne. I zegarek, co będzie lepiej dystans mierzył.
Blog musi być dopracowany co do piksela. Styl pisania musi być w porządku. Książki o marketingu też powinny być na półce, a czasu przydałoby się więcej, co byś nie czuł presji w tworzeniu.
Na założenie firmy musisz być starszy. Na tworzenie muzyki potrzebujesz drogiego sprzętu. Na napisanie książki musisz być kimś znanym. Na pojechanie na drugi koniec świata potrzebujesz więcej kasy.
A przynajmniej tak Ci się wydaje.

Z tego typu myśleniem to można zbierać się do czegoś nawet i całe życie.

A żeby szybciej przejść do kolejnych etapów zaawansowania, wpierw trzeba zacząć.
I to zacząć byle jak.

Elon Musk musiał najpierw założyć swoją pierwszą firmę, a Jobs potrzebował znaleźć partnera biznesowego.
Stephen King też przechodził przez moment zwany „moja pierwsza powieść”, a Tim Ferriss czy Leo Babauta, którzy dzisiaj są jednymi z największych blogerów na świecie też kiedyś postanowili od tak napisać sobie coś w internecie.

A najważniejszym jest, żeby po prostu ruszyć z miejsca.
Nie myśleć o tym, czy jest dobrze, czy jest idealnie. Nie zastanawiać się, jak wygląda perfekcyjny moment, w którym powinieneś zacząć. Bo coś takiego nawet nie istnieje.

To tylko taki koncept, który masz w głowie i który konsekwentnie odciąga Cię od wzięcia się za coś, za co od dawna chcesz się zabrać. I może boisz się głośno powiedzieć, że masz co do tego obawy.

Że martwisz się, czy wyjdzie, czy nie za dużo ryzykujesz, czy nikt nie będzie się śmiał ani rzucał w Ciebie mięsem.
I to wszystko jest całkiem zrozumiałe.

Ale uświadom sobie również, że każdy, kto dzisiaj jest na szczycie musiał kiedyś przez to przejść.

A im wcześniej „jakoś zaczniesz”, tym prędzej tego wspaniałego grona dołączysz.

Zaczynajmy jakoś i widzimy się w następnym tekście, M.