Uwielbiam kiedy tacy domorośli trenerzy i „motywatorzy” z internetu mówią innym, co mają robić, żeby osiągnąć szczęście.


Okej, część z nich od czasu do czasu ma rację.

Raz walną coś prawdziwego o narzekaniu, innym razem o traktowaniu innych. Ale to, co większość mówi to po prostu kompletnie brednie.

Gość przeczytał cztery, pięć „motywacyjnych” książek, w tym jedną Tony’ego Robbinsa i Mateusza Grzesiaka, po czym myśli, że sam jest w stanie wpływać na setki, może nawet i tysiące ludzi.

I robi użytek z internetu, z social media, z możliwości wydania książki pod własnym nazwskiem nawet, jeśli nie masz nic sensownego do powiedzenia.

Nie pomagając, a raczej niszcząc życie innych.

 

W tych czasach jest zdecydowanie za dużo konsumpcjonizmu.

Wiem, brzmi to trochę jak zdanie wypowiedziane przez kogoś urodzonego przed ’89, kto tak bardzo chciałby powrócić do swoich pięknych czasów. Gdzie prawie nic nie było, a spełnieniem marzeń stawały się najmniejsze, trudno dostępne rzeczy, a nie nowy iPhone czy kolejna para ładnych butów.

Ale to nie o to nawet chodzi.

To, co mam na myśli, to że dzisiaj zazwyczaj masz do wyboru dwie opcje.

Albo żyjesz jak każdy inny, będąc zwykłym, szarym członkiem społeczności, na którego konto każdego miesiąca wpływa średnia krajowa (oby aż tyle); albo osiągasz „sukces”.

W tej pierwszej alternatywie nie ma mowy o osiągnięciu go. W ogóle. Nawet o tym nie myśl.
Jego tam nie ma, bo nie ma tam paru ważnych elementów.

Sukces dzisiaj zazwyczaj rozumiany jest jako dwa domy, samochód za okrągłą sumę, wakacje na drugim końcu świata cztery razy w roku, nowe buty przynajmniej co miesiąc, Louis V., Gucci i takie tam.

A, no i oczywiście rozpoznawalność.

Przydałoby się ze dwa razy pojawić w mediach. Znać kilka osobistości i być na każdej większej imprezie. A to i tak najniższa poprzeczka, jaką dzisiaj społeczeństwo stawia.

I właśnie w tym jest problemem.

 

W sumie, nie byłoby nic złego gdybyśmy wszyscy tak myśleli od samego początku.

Życie każdego człowieka opierałoby się o „get rich or die tryin” i nic więcej.

Nadal dbalibyśmy o rodziny, o dzieci, o relacje, o przyjemne doświadczenia i małe rzeczy. Po prostu wyznaczalibyśmy jakość człowieka przez to, ile zarabia.

I mi w sumie nic do tego.

Ale problem robi się wtedy, kiedy taki skupiony na pieniądzach człowiek zderzy się z rzeczywistością. I zauważy, że zarabianie dużej ilości pieniędzy wcale nie jest takim „hop-siup”. Że tworzenie wartościowych rzeczy nie jest taki proste.
Trzeba mieć wyczucie, trzeba mieć odpowiednie myślenie i masę inteligencji, która pomoże Ci znaleźć sposób na dobry produkt, usługę albo inwestycję wartą cokolwiek.
Poza tym, zaczyna rozumieć, że nawet jak już ma tę ładnie wyglądającą sumę na koncie albo nowy samochód pod domem, pasek szczęścia prawie w ogóle mu się nie ruszył.

Po takim zderzeniu przychodzi faza „Jak to?”.

Faza, w której dopiero zauważa się, że to wszystko jest cholernie trudne i że wcale nie wszystko działa tak, jak gdzieś się dowiedziałeś. Przychodzi frustracja, przychodzi smutek oraz życiowa dezorientacja.

Traci się swój jedyny życiowy cel, za nic nie mogąc znaleźć nowego, który dałby chociaż połowę satysfakcji, na którą liczył od początku.

I tak właściwie do samego końca.

 

Każdy próbuje wmówić Ci, czym ono jest.

Biznesmen w internecie powie Ci, że skupia się ono na zmianie świata. Inny powie, że chodzi o sześć zer na koncie.
Przyjaciel krzyknie coś o porządnych imprezach i fajnych koncertach, a partner o spokojnym życiu i ładnym mieszkaniu.
Rodzina zaś może próbować znaleźć Ci je w studiowaniu prawa, bądź medycyny, do czego Ciebie tak naprawdę nie ciągnie.

A Ty i tak możesz każdą z tych rad spokojnie wyrzucić do śmieci.
Bo dokładnie tyle są warte.

Osobą, która wyznacza prawdziwą jakość Twojego życia jesteś tylko i wyłącznie Ty. Jesteś jedyną osobą, która może powiedzieć:
„Tak, to jest to moje dobre życie, jakie sobie wymarzyłem”.

I nie ważne, ile czasu przeznaczysz na budowanie go ani jaki kształt przybierze.
Czy znajdziesz je w podróżach po całym świecie za grosze.
W medytacji z buddyjskimi mnichami.
W prowadzeniu wywiadów z niesamowitymi ludźmi, w pracy we własnej kawiarni czy w konkretnej religii.

Nikomu nic do tego.

Wyznacznikiem jest tylko Twój poziom szczęścia i spełnienia z tego, w jakim miejscu jesteś.
Pamiętaj o tym, gdy następnym razem, ktoś będzie chciał wmówić Ci, że jest inaczej.

Trzymaj się ciepło, M.