Istnieje znaczna różnica pomiędzy dbaniem o swój interes a przesadnym przejmowaniem się.
A większość ludzi kompletnie jej nie zauważa.


Pamiętasz ostatni raz, kiedy niesamowicie się czymś martwiłeś?
Prezentacją przed sporą grupą ludzi, którzy mogli negatywnie Cię ocenić. Poznaniem kogoś bądź zrobieniem czegoś kompletnie nowego, czego jeszcze nigdy nie próbowałeś.
Albo nawet głupim wykonaniem telefonu do ważnej osoby.

Za każdym razem, kiedy robisz coś ryzykownego, czy znajdujesz się w nietypowej dla swojej codzienności sytuacji, Twój organizm przygotowuje Cię na nadchodzące niebezpieczeństwo.
Obawiasz się go nawet, jeżeli praktycznie go nie ma.
Sam przecież wiesz, że jury konkursu, znajomy przyjaciela albo nowy pracodawca nie mogą wyrządzić Ci żadnej fizycznej krzywdy.

„Ale” numer jeden – tak to już niestety działa.

„Ale” numer dwa – możesz z początku mi nie uwierzyć, ale są tego wyraźne plusy.

Wystarczy, że spojrzysz na to trochę inaczej.


Na przykład jak przemiła autorka tego świetnego wystąpienia 🙂

Stres, czyli ta niefajna emocja, która zawsze znajduje się obok, kiedy czymś się martwisz, od zawsze była i będzie Twoim dobrym kumplem. Takim, za którego obecnością niezbyt przepadasz, ale którego naprawdę potrzebujesz.
Dzięki niemu w wyraźnie krytycznych sytuacjach jesteś gotowy do działania dosłownie w ułamku sekundy. Nikt nie musi Ci nic tłumaczyć. Niczego nie musisz sobie nawet udowadniać.
Widzisz w otoczeniu małą wzmiankę o niebezpieczeństwie, a reszta dzieje się sama. Jeśli widzisz, że w Twoim kierunku zmierza rozpędzony rowerzysta, w życiu nie staniesz i nie będziesz zastanawiał się, co zrobić.
Po prostu otworzysz szerzej oczy i odskoczysz w bok, unikając kolizji.

Stres i ogólne przejmowanie się różnymi rzeczami jest naturalnym zachowaniem, które od zawsze człowiek miał i prawdopodobnie już zawsze mieć będzie.

Ale jest pewna granica tej zbawiennej mobilizacji.

Bo wiesz, można przejmować się, martwić i mieć wątpliwości w stosunku do naprawdę wielu rzeczy.

Może gryźć cię trudna relacja z kimś, na kim Ci naprawdę zależy. Albo fakt, że nazajutrz musisz pokazać w jakimś temacie maksimum swoich możliwości.
Niedługo idziesz na studia i nie wiesz, czy na pewno sprostasz postawionym przed sobą wymaganiom lub nie wiesz, jakie przeszkody spotkasz na swojej drodze.

Każdy z nas, inaczej mówiąc, niesie na plecach taki swój prywatny worek z metką „moje zmartwienia”.

Raz coś z niego wypada, bo okazuje się za mało poważne.
Innym razem samemu, poprzez aktywne działanie pozbywasz się zbędnego balastu, bo okazał się słabszy niż Twoje umiejętności.

Ale zawsze, czy tego chcemy czy nie, coś będzie się w nim znajdować.

I ten cały koncept jest jak najbardziej w porządku.

Nigdy przecież nie wiemy, co nas czeka, a jak udowodniłem Ci przed chwilą, to poczucie niebezpieczeństwa do pewnego stopnia jest dla Ciebie dobre.

Tylko nie potrafię pojąć, dlaczego większość ludzi nadal woli martwić się czymś, nie podchodząc do tematu w racjonalny i logiczny sposób.
Wolą pozwolić emocjom latać po pokoju, zamiast zapanować nad nimi w zarodku. Jak tylko czują, że za chwile mogą poczuć ich wpływ. Wtedy już powinni powiedzieć: „Aha! Nie dam się tak łatwo”, i spojrzeć na daną sprawę w konkretny, w pełni oparty na faktach sposób.
Jak znaleźć tę granicę i przejmować się do właściwego momentu? Już mówię.
Zazwyczaj, kiedy dany terapeuta ma za zadanie pomóc swojemu pacjentowi w poradzeniu sobie z jakimś problemem, jako pierwsze, każe mu określić swój strach.
I wiem, choć nie jestem terapeutą, że to naprawdę pozwala podejść do każdej sprawy tak, jak podchodzić się powinno. Racjonalnie i bez wpływu emocji.

Dlatego, najzwyczajniej w świecie, odpowiedz sobie, czego konkretnie się obawiasz.

– Martwię się, że nie dostanę się na studia.
– Tego się boisz najbardziej?
– Nie no, bardziej chodzi o to, że nie znajdę potem dobrej pracy.

– Pokłóciłem się z przyjaciółką i nie wiem, co robić dalej.
– I sam ten fakt Cię przeraża?
– Właściwie, to boję się, że nie będę mieć znajomych.

I o to właśnie chodzi. O znalezienie tego, czego boimy się najbardziej.
Dosyć logicznym jest, że nie ma sensu martwić się jakimś wydarzeniem, na który i tak nie możesz wpłynąć. Mam rację?

A żeby móc zrozumieć problem takim, jaki naprawdę jest, musisz podejść do niego niemal tak samo, jak robili to dwa tysiące lat temu Marek Aureliusz, bądź Seneka.
Jako pierwsze oddzielając sprawy, które możesz w jakiś sposób kontrolować od tych, na które wpływu nie masz właściwie żadnego.

W ten sposób uświadomisz sobie, że w sumie, to na studia dostajesz się Ty, a nie wrzuca Cię tam los, milionerem również stajesz się poprzez własną pracę, a na pogody lub czyjegoś zdania raczej nie zmienisz.

Tak, dokładnie teraz.
Jakie są działania, które możesz podjąć w tej chwili, aby trochę zmniejszyć rozmiar problemu?

Chodzi o coś, co możesz zrobić, odchodząc w tym momencie od komputera albo odkładając telefon.
Może powinieneś jeszcze powtórzyć materiał?
Zacząć się przygotowywać do jakiegoś arcyważnego wydarzenia?
Albo po prostu wykonać jeden telefon?

Jeśli jakąś sprawę da się kontrolować, to w każdym wypadku znajdziesz coś, czym możesz się teraz zająć, aby bieg wydarzeń potoczył się trochę bardziej po Twojej myśli.
O tę strategię akurat, nie ukrywam, pożyczyłem od Timothy’ego Ferrissa.

Tim to jeden z największych na świecie blogerów, biznesmen, autor paru książek oraz własnego podcastu. Jeśli jeszcze go nie znasz, to zdecydowanie powinieneś.
I to właśnie on w jednym ze swoich TED-talków wprowadzał swoich słuchaczy w świat stoicyzmu, udowadniając, jak skuteczna może być strategia wspomnianego już przeze mnie Seneki Młodszego.

Krótko mówiąc, bierzesz kartkę papieru i dzielisz ją na trzy kolumny. W pierwszej wpisujesz, co najgorszego może się wydarzyć.
W drugiej uwzględniasz wszystkie działania, które możesz podjąć, aby zapobiec albo przynajmniej obniżyć prawdopodobieństwo wystąpienia tego koszmaru.
Aby w ostatniej, trzeciej, zapisać plan, który wprowadzisz w życie, kiedy Twój strach okaże się rzeczywistością.

Poczucie kontroli nad sytuacją oraz pewność, że dasz sobie radę: +150.

Jak sam pewnie wiesz, ludzie nie mają najmniejszego problemu ze znajdowaniem minusów. Z narzekaniem. Z wytykaniem błędów i mówieniem, co jeszcze nie pasuje im w otaczającej rzeczywistości.

I choć większości z nas weszło to już w krew i zazwyczaj nawet nie zauważamy, kiedy rzucimy oceną w jakąś osobę, bądź znów wspomnimy o irytujących nas politykach, warto starać się z tym walczyć.

I po prostu zauważać plusy nawet najgorszych sytuacji, jakie Ci się przydarzają, bądź mogą jeszcze przydarzyć.

Nie dostaniesz się na studia? Może w końcu weźmiesz się za tego bloga i kanał na YouTube, o którym myślisz od dobrych paru miesięcy?

Pokłóciłeś się z przyjacielem? Może nie jest to pierwszy raz, a Ty powinieneś pomyśleć nad poważniejszą rozmową pod ucięciem kontaktu?

Zawsze będzie jakiś mały plusik, który kryje się gdzieś pod grubą warstwą negatywnego podejścia.

Mark Twain powiedział kiedyś zdanie, które pewnie już gdzieś słyszałeś, ale nie zaszkodzi wspomnieć je i tutaj.
Będąc już w poważnym wieku, swoją przeszłość podsumował słowami:

Miałem w swoim życiu wiele zmartwień, z czego większość z nich i tak się nie wydarzyła.

Możemy obawiać się wojny albo kryzysu finansowego. Że wyrzucą nas z pracy, bądź zachorujemy na jakąś chorobę.

Ale póki nie wiesz na sto procent:
– jeśli to możliwe, zrób, co możesz, żeby tego uniknąć;
– zapomnij o tym, bo prawdopodobieństwo, że faktycznie tego doświadczysz jest naprawdę niskie.

To naprawdę pozwoli Ci wziąć sprawy w swoje ręce, a nie tylko liczyć na ślepy los, który zazwyczaj okazuje się być nie po Twojej stronie.

***

Najważniejsze w trzymaniu się z dala od granicy przesadnego myślenia jest to, aby pamiętać o własnej zbawiennej odpowiedzialności.

O tym, że elementem, który zazwyczaj może najwięcej zmienić jest Twoje aktywne działanie.

Przypomnij sobie którekolwiek wyzwanie z przeszłości. Jakieś wymagające. Z którym faktycznie było trudno się uporać.
Powiedzmy – spoty egzamin. Albo przeprowadzka. Bądź poważna rozmowa.
Poradzenie sobie z niektórymi z nich musiało wymagać od Ciebie ogromnego wysiłku i udowodnienia, że „hej, ja też mam sporo siły!”.

I właśnie o to chodzi.

Że nawet, jeśli było niesamowicie trudno i myślałeś, że nie dasz rady, to i tak dałeś.
Skończyłeś, co miałeś skończyć. Doszedłeś, gdzie miałeś dojść. Zrobiłeś, co wymagało od Ciebie garści porządnej pracy.

Tak właśnie buduje się realne, stabilne poczucie własnej wartości.
Bo jeśli poradziłeś sobie kiedyś – i to nie jeden raz – to czemu masz nie ogarnąć również tym razem? 🙂

A poza tym, jeśli możesz lepiej przygotować się na nadchodzące niebezpieczeństwo i skutecznie się przed nim obronić – to po co się martwić?

A jeżeli zdarzyło się, że jest ono poza Twoimi możliwościami…

To po co się martwić?

Trzymaj się ciepło, M.