Nie ukrywam, często mam w zwyczaju zaglądać w statystyki.


Każdy z internetowych twórców, kiedy ma pięć minut na odpoczynek, bądź piętnaście na zbędną prokrastynację, lubi czasem tam zajrzeć.

Sam często jestem ciekaw, ile osób przeczytało ostatni tekst.

Skąd przyszli – z fanpage’a, z Instagrama czy z oddzielnego linku. Jak długo czytali, czy byli starymi czy nowymi odbiorcami oraz jak to wszystko się ma do poprzednich miesięcy.

I jeżeli wszystkie te poważnie wyglądające wykresy nie kłamią, spora część czytelników – czyli Was – chodzi jeszcze do szkoły.
Jeśli już nie tam, to strzelam, że na studia.

A ja bardzo dobrze wiem, jak to jest wracać po długim okresie wolnego do działania.

To tak jakbyś leżał na plaży, a ktoś zwinnie podniósłby Cię w górę i jednym sprytnym ruchem wrzucił do lodowatej wody. Ogromny szok.

Nawet, jeśli się tego spodziewałeś. Od jakichś dwóch miesięcy.

Wciąż trudno jest Ci wydostać się z trudnej sytuacji i płynnie się do niej dostosować.
Jeszcze gorzej jest, kiedy z początku jesteś cholernie zmotywowany, a ciągle nakładające się jeden na drugi obowiązki konsekwentnie zniechęcają Cię do pracy.

Dlatego dzisiaj chcę podzielić się z Tobą najskuteczniejszymi strategiami na ogarnianie szkoły, bądź studiów.

Od samego początku.

W taki sposób, że wśród swoich znajomych staniesz się „tym dziwnym gościem, który zawsze wszystko umie, ma czas na swoje pasje i na imprezy w weekendy, bez jakiegokolwiek poczucia winy”.

A wszystkie Twoje sukcesy zaczną przypisywać piciu ogromnych ilości kawy.

 

 

Przez długi czas obserwowałem w necie wielu zabieganych ludzi, których podziwiałem. I zawsze zadawałem sobie to samo pytanie:

Jakim cholernym cudem oni mają wszystko dopięte na ostatni guzik?

Koleś potrafił wstać o piątej, zjeść perfekcyjnie przygotowane śniadanie poprzedzone piętnastoma minutami medytacji. Następnie pracował przez kilka godzin, ogarniał kilka spotkań z klientami a wieczorem spędzał jeszcze czas ze znajomymi.

A potem do mnie dotarło.

Każdy z nich operował pewnym, zbudowanym przez siebie systemem organizacji, który mu na to wszystko pozwalał.
I pomyślałem – czemu sam nie mogę czegoś takiego mieć?

Okej, może nie mogę sobie JESZCZE pozwolić na sekretarkę, bądź garstkę pomagających mi we wszystkim ludzi. Ale jestem w stanie przenieść swoją organizację na totalnie nowy poziom. Podbierając pomysły od tych niesamowicie zabieganych ludzi i samemu ogarniając rzeczywistość według własnych zasad.

I w ten sposób, po wielu seriach prób i błędów doszedłem do momentu, w którym wszystko, co potrzebuję zrobić ma swoje miejsce w planie.

Mam ładny, minimalistyczny kalendarz, którym lubię chwalić się na zdjęciach. W którym każdy dzień ma swoją kartkę. Często zapełnioną tak bardzo, że nie mam już miejsca na dodatkowe notatki.

Od niedawna testuję również Google Calendar oraz tradycyjną aplikację kalendarza od Apple (która notabene cudnie synchronizuje Maca z iPhone’m).

Sposobów na tego typu organizację może być naprawdę wiele, ale te, z tego co mi wiadomo, są najlepsze.
Póki będziesz pilnował swoich obowiązków, wpisywał każdy test lub ważne wydarzenie do kalendarza i dodatkowo wyrobisz sobie nawyk częstego sprawdzania, czy nie powinieneś się już czymś zająć, to gwarantuję, że nikt nie będzie w stanie dorównać Ci w temacie dopinania wszystkiego w perfekcyjny sposób 🙂

Nie mam pojęcia, jak teraz ogarniasz obowiązki u siebie, ale sam kiedyś znalazłem idealne rozwiązanie na zabieranie się za wszystko, za co zabrać się powinno. I to nie na ostatnią chwilę.

A teraz chcę się nim z Tobą podzielić.

Strategia jest dziecinnie prosta.
Sobota to Twój święty dzień, który poświęcasz na wszystkie ważne sprawy. Robisz po kilkanaście zadań, żeby poćwiczyć to, co było przerabiane ostatnio. Uczysz się i powtarzasz materiał, aby nie wypadł z pamięci zbyt szybko.

Zajmujesz się wszystkimi projektami, takimi jak prezentacje, przygotowania do sesji bądź do matury.

Sobota to Twoje kilkanaście godzin na zminimalizowanie nieco ilości zabawy i luzu, a zmaksymalizowanie pracy nad istotnymi rzeczami.

A, no i jest jeszcze ten drugi dzień weekendu. Ten, który zazwyczaj, nie oszukujmy się, poświęcamy na zrobienie wszystkiego, czego nie mogliśmy widząc się ze znajomymi w piątek oraz oglądając serial w sobotę.

Cóż, tak to czasem bywa. A przecież wszyscy wiemy, że nie powinno.
Przynajmniej, jeśli nie chcesz zostać ze wszystkimi ważnymi rzeczami daleko w tyle.

Ciągle próbując nadgonić materiał, czasem omijając sesje nauki albo nie przygotowując się na sto procent.

Po to właśnie jest ten system.

Abyś przez całą sobotę zajął się istotnymi, niecierpiącymi zwłoki sprawami. A w niedzielę mógł wyluzować.

Z „pracy” na ten ostatni dzień możesz sobie co najwyżej zostawić czytanie jakiejś dobrej książki, poświęcenie paru godzin na swoją pasję, a najlepiej porządne zaplanowanie wszystkiego na nadchodzący tydzień.

To ostatnie prawdopodobnie da Ci najwięcej.

Może zabrzmię teraz delikatnie jak zbuntowany nastolatek, który koniecznie musi pokazać, że otaczający go system jest jednym wielkim błędem, ale…

nie wszystko, czego uczysz się w szkole jest Ci potrzebne.

Nie zrozum mnie źle. Wiedza sama w sobie, nawet, jeśli nie służy żadnemu wyższemu celowi jest czymś pięknym. Znacznie poszerza zasięg Twojego sposobu patrzenia na świat. Nagle zaczynasz dostrzegać elementy, których nigdy nie zauważałeś, stajesz się bardziej wrażliwy, empatyczny i otwarty na odmienność.

Ale jeśli na chwilę pominiemy ten jeden aspekt, okaże się, że spora część wiedzy szkolnej jest relatywnie zbędna.

Jeśli w swoim życiu skupiasz się na pisaniu, sztuce, tworzeniu, raczej nie musisz wkładać w biologię stu procent swojego wysiłku. Wystarczy choćby 50.

Marząc o zostaniu architektem, trudno jest bardziej przykładać się do pisania rozprawek niż do liczenia delty.

Dlatego tak ważne jest, abyś realnie podszedł do tego, czego się uczysz. I znalazł tych kilka przedmiotów, które dadzą Ci najwięcej.

To tak, jak w grze RPG.

Nie chodzi o to, abyś punkty doświadczenia rozdzielał po równo. O wiele lepiej na tym wyjdziesz, jeśli skupisz się na kilku aspektach, rozwijając je w pierwszej kolejności.
Okej, spośród wielu strategii z tego tekstu, o których mogłeś nie mieć pojęcia, to jest jedna z bardziej oczywistych.

Ale nadal mało kto ją stosuje.

Ponieważ w efektywnej nauce nie chodzi o zarwanie nocki i nauczenie się wszystkiego na raz. Dostanie całkiem dobrej oceny i bycie z siebie dumnym, bo ogarnąłeś coś prawie niemożliwego.

Może miałeś szczęście. Ale i tak nie zachowasz tej wiedzy na długo.

Prawdziwa nauka, taka naprawdę wartościowa i trzymająca się długo składa się z paru elementów.

Pierwszym jest wielkość pojedynczej sesji.

Zdecydowanie lepiej jest uczyć się godzinę od poniedziałku do piątku niż przez całe pięć w niedzielę. Bo deadline goni.
A jeśli dobrze wiesz, że masz umieć coś na za dwa tygodnie, to Twoim zadaniem jest podzielenie całego tego materiału na mniejsze części. Co by łatwiej wchodziło.

Następna jest częstotliwość.

Czyli przyzwyczajenie, które nada Twojemu nawykowi najtrwalszego fundamentu. Abyś codziennie chociaż trochę coś poćwiczył, powtórzył, delikatnie sobie przypomniał.

Konsekwentnie.

Budując nawyk przyswajania wiedzy, który zostanie z Tobą od szkoły do studiów. Od studiów do końca życia.

Okej, był sobie kiedyś, dokładniej w dwudziestym wieku, taki niemiecki psycholog, o którym mogłeś już kiedyś słyszeć.

Nazywał się Hermann Ebbinghaus i gdyby nie on, to prawdopodobnie nie dysponowalibyśmy dzisiaj aż taką wiedzą na temat zapamiętywania.

Nasz Hermann niemal od samego początku swojej kariery był zaciekawiony ludzką pamięcią. A dzięki innemu psychologowi Wilhelmowi Wundtowi, który w swoim naukowym dziele stwierdził, że nie da się poznać pamięci poprzez eksperymenty, Ebbinghaus zdecydował się podjąć wyzwanie.

Stworzył on ponad dwa tysiące trzyliterowych sylab, które były pozbawione znaczenia, aby w żaden sposób nie wpływały na wynik prób. Obserwował zmiany, jakie zachodziły podczas zmieniania szybkości uczenia się, długości list, czasu nauki i mając już sporą ilość danych, przedstawił światu swoją krzywą zapominania.

W tym momencie zauważył, że robiąc konkretne przerwy jest w stanie zapamiętać o wiele więcej, niż gdyby tak po prostu uczył się bez większego planu.

W skrócie, zapominanie przynosiło mu znaczenie lepsze wyniki.

Od czasu, kiedy Ebbinghaus opublikował swoje pierwsze wyniki, pojawiły się setki, jak nie tysiące innych prac na temat działania naszej pamięci.

I dzisiaj wiemy już naprawdę sporo.

Na przykład to, że jednym z najważniejszych elementów uczenia się jest zapominanie. Oraz fakt, że im bardziej o czymś zapomniałeś, tym lepszy wynik osiągniesz, przypominając sobie daną datę, bądź definicję.

Tak właśnie to działa. Abyś mógł coś przyswoić w odpowiedni sposób, najpierw potrzebujesz przynajmniej kawałek tego zapomnieć.

No dobrze, ale jak mogę wykorzystać to na swoją korzyść?

Już mówię.

Istnieje coś takiego jak Technika Leitnera. I jest ona jedną z najbardziej efektywnych, jeśli o nauce czegokolwiek mówimy.

Okej, najpierw przygotowujesz sobie pięć przegródek w pudełku, bądź miejsc na stole z przylepionymi obok kartkami z numerem.
Każde z nich oznacza poziom, do jakiego udało Ci się daną informację przyswoić.

Powinno to wyglądać mniej więcej tak: (mam nadzieję, że wybaczysz mi brak talentu plastycznego)

Następnie przygotowujesz swoje karteczki/fiszki, czyli, jak to nazywają anglojęzyczni blogerzy – flashcards; i na każdej zapisujesz:
– z jednej strony: pytanie, pojęcie, bądź słowo
– na drugiej: odpowiedź, definicję lub tłumaczenie

Kładziesz wszystkie na pierwszym polu i zaczynasz zabawę.

Jeśli odpowiesz dobrze, przenosisz pojedynczą kartę na następny poziom.

A jeżeli zdarzy się tak, że coś „nie pykło” i nie byłeś w stanie podać właściwej odpowiedzi, cofasz ją na początek, na jakimkolwiek polu by nie była.

I tak w kółko, zwracając uwagę na datę widniejącą obok każdego pola.

Ucząc się przy użyciu tej techniki zrobisz najlepszy możliwy pożytek z tego, co wiemy na temat pamięci od czasów Ebbinghausa 🙂

 

Nie ma co się oszukiwać. Szkoła, tak samo jak studia, może dorzucić Ci do codzienności naprawdę dużo stresu.

Dlatego, żeby nie zmarnować, musisz nauczyć się żonglować trzema głównymi elementami Twojego życia.

Życiem naukowym (szkoła/studia). Życiem prywatnym – rodzina, związek, znajomi. Życiem osobistym – czas dla Ciebie.

Niesamowicie trudno jest zrobić to dobrze. Ale da się.

Chodzi o to, abyś zawsze organizował swój czas w oparciu o ten jeden schemat oraz kilka wartościowych zasad.

Życie w szkole to uczenie się, praca domowa, siedzenie na lekcjach, zajęcia dodatkowe i inne projekty.

Prywatne to czas poświęcony najbliższym oraz trochę dalszym osobom. Zaliczają się do tego wszelkie dziesięciominutowe pogaduszki podczas dnia, spotykanie się do kina, na kawę, na miasto, bądź na imprezę, podawanie pomocnej dłoni i inne „meetingi” podczas których musisz coś ważnego obgadać.

Osobiste zaś, to Twoje wieczorne rozmyślania na temat przyszłości z dobrą muzyką w tle, picie ulubionej kawy, oglądanie tego genialnego serialu albo poświęcenie paru minut godzin na Twoje ukochane hobby.
I wszystko inne, co sprawia, że żyje Ci się lepiej.

A co do zasad.

Pamiętaj, że abyś osiągnął w życiu jakikolwiek cel, potrzebujesz znaleźć idealną proporcję pomiędzy czasem spędzonym na pracy i tym spędzonym na odpoczynku. Kiedy tego pierwszego będzie za dużo, prawdopodobnie Twój organizm wkrótce da Ci o tym znać; a jeśli okaże się, że za bardzo się lenisz, nawet nie myśl o kreowaniu jakichkolwiek długodystansowych planów.

Spróbuj w ten sposób podejść do rzeczywistości, a zobaczysz, jak wszystko stanie się jasne.

Jeżeli wracasz do szkoły po wakacjach, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że masz mniej więcej pojęcie, czego możesz się spodziewać przez najbliższe kilka miesięcy.

Może nie wiesz o każdym temacie, który będziesz musiał przyswoić.

Ale na pewno znajdzie się kilka schematów, które występują niezmiennie z roku na rok. I co ważniejsze – na które możesz się w jakiś sposób przygotować.

Jeżeli uczysz się w humanie, to pewnie będzie sporo lektur. Może jesteś w stanie wypożyczyć część z nich i już teraz czytać, powiedzmy, piętnaście stron dziennie?

Lub masz świadomość, że nauczycielka biologii bardzo lubi sprawdzać Waszą wiedzę bez ostrzegania.

Masz problem z zabraniem się do pracy, konkretnym przedmiotem, bądź wiesz, że będziesz musiał nadal pisać teksty na bloga, dbając również o obowiązki w szkole.

Popatrz chwilę wstecz i poszukaj różnych sytuacji, które przydarzyły Ci się jakiś czas temu, a które mogą powtórzyć się w ciągu najbliższych miesięcy.

Żebyś mi potem nie pisał, że nie radzisz sobie z czymś, czego się spodziewałeś 😉

Pamiętasz ten banalny tekst, który rodzice powtarzali Ci za każdym razem, kiedy chciałeś zrobić coś przyjemnego, zanim zająłeś się swoimi obowiązkami?

Najpierw praca potem przyjemności.

Skończ lekcje, potem będziesz mógł wyjść na dwór. Albo pograć na komputerze. Zawsze troszczyli się o to, abyśmy znali hierarchię.

Kiedyś uznawaliśmy to za głupie.

Bo co za różnica czy zrobię te bolesne lekcje teraz czy później, skoro w tym momencie mam okazję trochę wyluzować? Oczywiście, że lepiej wyjść z kumplami. A szkoła nie zając, nie ucieknie.

Ale rzecz w tym, że to podejście właściwie nie jest takie głupie, jak naszemu młodemu umysłowi mogło się wydawać.
Najpierw siadając do pracy, a potem idąc na imprezę; albo jako pierwsze stawiając lekcje, a dopiero w drugiej kolejności oglądając serial, dasz radę zrobić o wiele więcej.

W ciagu najbliższych dwóch semestrów bez wątpienia nie raz natrafisz na kilka kamieni milowych, z którymi będzie trzeba sobie poradzić.

Znając życie będzie ich jeszcze więcej, niż przypuszczasz.
I będą o wiele bardziej złożone niż dotychczas.

A najgorsze, co w tej sytuacji możesz zrobić to zachowywać się jak większość ludzi, którzy nie mają pojęcia o tym, jak radzić sobie z problemami.
Czyli panikować, wyolbrzymiać, skupiać się na tym, co boli. Szukać winnych, wymówek i tłumaczeń.
W taki sposób to zbyt szybko poważnego kłopotu nie zażegnasz.

Podstawą radzenia sobie czy to na studiach, czy w szkole, czy już w pracy jest nieprzerwane zachowanie spokoju.

Bo stabilności to nigdy nie znajdziesz.

Zawsze będziesz się czymś martwić, czuć stres oraz strach. A sztuczka polega na tym, aby umiejętnie te złe emocje ukryć i działać pomimo ich obecności. Myśl racjonalnie, patrz na sprawy świadomie i nie pozwalaj emocjom grać pierwszych skrzypiec.

A, no i pamiętaj, że takiego podejścia nie nabywa się w pięć minut. Musisz trochę poćwiczyć, poeksperymentować, przyzwyczaić się do tego.

Ale zobaczysz, że jak już będziesz w tym dobry, wszyscy wokół będą biegać, krzyczeć i panikować.
A Ty ze spokojem buddyjskiego mnicha po prostu będziesz wypełniał należące do Ciebie obowiązki.

 


Ogarnianie szkoły wcale nie jest aż takie trudne. Trochę teorii, masa praktyki, kilka odłożonych na później przyjemności i gwarantuję, że jeszcze będą krążyć o Tobie legendy.

Bo co innego można zrobić z tak inteligentną osobą, która nie dość, że wszystko będzie mieć na tip-top, to dodatkowo będzie spełniać się w swoich pasjach i spotykać się ze znajomymi?

Dasz radę, zobaczysz. M.