Muszę szczerze przyznać – żyjemy w naprawdę fajnych czasach.


Nie muszę martwić się, że o czymś zapomnę, bo mam kalendarz.
W aplikacji, która łączy się ze wszystkimi moimi urządzeniami.
A notatnik mógłby mi się przecież zapodziać.

Jeśli chcę sprawdzić oceny danej kawiarnii lub za ile muszę z niej wyjść, żeby zdążyć na autobus – odpalam Google. To samo robię, kiedy kłócę się o poprawną wersję jakiegoś słowa, gdy szukam telefonu do swojego dentysty albo sprawdzam, ile muszę wydać za winyl Radiohead.

Podzielić się ze znajomymi zdjęciem? Mam Instagram.
Zrobić to samo z filmikiem? Snapchat.
Spytać ludzi o dobre serwisy iPhone’ów? Facebook.
Sprawdzić, jaki dystans pokonałem, ile kalorii spaliłem i jakie tempo utrzymałem? Endomondo.

I to wszystko właściwie w jednym małym urządzeniu, które mieści się w kieszeni.
Czy moglibyśmy wyobrazić sobie coś bardziej praktycznego?

Mój raj na ziemi, jeżeli mówimy o muzyce.

Od jakichś trzech lat nie ma nawet jednego dnia, w którym nie użyłbym Spotify przynajmniej raz.

Idę – słucham. Siedzę – słucham. Robię kawę – słucham. Rozmawiam z kimś – słuchamy. Biegam – słucham. Czasem nawet jak nie jestem świadomy, to słucham. Ale to tylko, jeśli zasnę, zanim zdążę odłożyć telefon i słuchawki.

Kiedyś, pod koniec roku Spotify zrobiło taką akcję, gdzie mogliśmy sprawdzić swoje statystki dotyczące używania aplikacji.
I tak się zdarzyło, że miałem jakieś 130 tysięcy przesłuchanych godzin.

Dzisiaj, kiedy używam go, jak gdzieś się przemieszczam, jak na coś czekam, podczas pracy i podczas spotkania ze znajomymi, wyszłoby pewnie ze 300.

Dlaczego tak:
– znajomy polecił Ci jakąś płytę, a Ty właśnie wychodzisz? Znajdujesz ją, klikasz jeden guzik i w ciągu paru sekund masz ją już na telefonie;
– cała muzyka jest już w jednym miejscu;
– możliwość śledzenia tego, czego słuchają znajomi;
– odkrywanie nowych artystów;
– robienie ładnych playlist.

Dlaczego nie:
– jeśli nie masz wersji premium, słuchanie jest bardzo ograniczone przez reklamy oraz losowe odtwarzanie i ograniczoną liczbę przewinięć na telefonie;
– ale 20zł miesięcznie jest w stu procentach warte swojej ceny.

PS. Możesz również założyć sobie tzw. „konto rodzinne” ze znajomymi, po prostu wpisując ten sam adres.
Wtedy każdemu z Was wychodzi po jakiejś piątce na miesiąc.

A od kiedy zacząłem ćwiczyć i stosować konkretną dietę, sam trener powiedział, że w moim wypadu 3 litry dziennie to minimum.

No więc piję za każdym razem, gdy słyszę sygnał apki z telefonu. Dodaję wszystkie wody, kawy i herbaty do dziennego podsumowania i wracam do obowiązków z czystym sumieniem.

Tobie również z całego serca to polecam.

Dlaczego tak:
– dbasz o zdrowie, a to zawsze się liczy.Jeśli masz akurat przypływ inspiracji, potrzebujesz coś zaplanować albo po prostu lubisz notować różne rzeczy, Evernote perfekcyjnie zastąpi Twój notatnik.

I wiem, że jest ładny. Mój też jest.
Ale co zrobić, skoro to rozwiązanie jest o wiele lepsze?

Po pierwsze, nie mam ochoty za każdym razem nosić ze sobą notatnika. Bo, jak u każdego twórcy, najlepsze pomysły wpadają mi w najmniej oczekiwanych momentach.

Kiedy akurat jestem na bieżni, robiąc rozgrzewkę; kiedy próbuję zasnąć, jest ciemno, a telefon akurat jest obok.
Innym razem podczas imprezy.
Jeszcze innym, jak jestem na spacerze, na kawie lub w kinie.

I weź w takich momentach szukaj notatnika i zacznij materializować swoje myśli.

A z Evernotem w jednej chwili wyciągam z kieszeni telefon, w dziesięć sekund zapisuję pomysł, dodaję do konkretnej kategorii i znów mogę wracać do poprzedniego zajęcia.

Po drugie, jeśli mój notatnik już porządnie się zapełni, trudno jest mi operować tym, co się w nim już znalazło.

W tradycyjnym zeszycie robienie działów na różne tematy ma mało sensu, a szukanie konkretnych zagadnień zabierałoby za dużo czasu.

A tutaj dodaję: tytuł, samą notatkę i „zeszyt”, w jakim ma się znaleźć.

Mam jeden od pomysłów związanych z Facebookiem, jeden z blogiem, z językiem angielskim, z książkami i z tematami na teksty.
W tym ostatnim mam prawie 500 pojedynczych notatek. Więc chyba nie idzie tak źle.

Po trzecie, często myślę szybciej, niż jestem w stanie zapisać.

Dlatego, kiedy mam pomysł na perfekcyjne zaczęcie jakiegoś tekstu, od razu mogę go przelać na wirtualny papier, i niczym się już nie martwić.

Dlaczego tak:
– praktyczne;
– wygodne;
– sprawnie działa.

Dlaczego nie:
– dość duża, ale nadal ograniczona ilość pamięci;
– czasem synchronizacja pomiędzy urządzeniami potrafi nawalić.Przez dobre trzy lata byłem największym na świecie zwolennikiem fizycznych kalendarzy.

Tych z ładym, minimalistycznym designem. Ze spiętymi, pożółkłymi kartkami, na których zapisujesz obowiązki oraz gumką, która zamyka Twój organizacyjny proces, kiedy odkładasz notatnik na bok.

Ale muszę się w tym momencie do czegoś przyznać.

Od paru miesięcy zmieniłem swoje “wyznanie”.

Z ciekawości chciałem zobaczyć, jak sprawuje się kalendarz w formie aplikacji. Niby kiedyś już z takowego korzystałem, ale to było w okresie, kiedy nie planowałem aż tak dużo. Dlatego postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę.

I cóż. Przynajmniej u mnie przebił poprzednie rozwiązanie.

Teraz nie muszę nosić ze sobą grubego zestawu kartek A5. Nawet, jeśli jest ładny. A planując w nim wyglądam na poważniejszego, niż zapisując te same rzeczy w telefonie.

Ale co zrobić, skoro sprawa ma się podobnie, jak z Evernote’m.

Dodaję wydarzenie na konkretną datę, ustawiam ramy godzinowe, jeśli je znam albo po prostu zaznaczam okienko „cały dzień”, jeżeli muszę zrobić coś bez względu na czas.
Zapisuję wszystkie związane z nim notatki, określam kategorię ładnym kolorem i już wiem, jak dużo mam jutro do zrobienia.

Może to trochę śmieszne, ale w tradycyjnym kalendarzu miałem problem z ustaleniem sobie konkretnych godzin na pracę. Co prawda, sprawdzał się genialnie do pojedynczych rzeczy, jak „zadzwoń z prawem jazdy” albo „kup wagę kuchenną”. Ale zdecydowanie kulał, jeśli chodziło o planowanie czasu wolnego.

Tutaj, gdzie każda kolumna oznacza dzień, a każda pozioma belka godzinę, wszystko od początku stało się jasne. W miejscu, gdzie mam akurat wolne pole, po prostu „zaklepuję” go sobie na trochę pracy albo wyjście z przyjaciółmi.

I już wiem, że mam wyłączyć tego Netflixa.

Dlaczego tak:
– sprawna organizacja;
– łatwe dodawanie obowiązków do kategorii;
– szybkie ogarnianie rzeczywistości.

Dlaczego nie:
– właściwie, to nic nie muszę tu wpisywać;
– no może poza tym, że możesz używać też Google Calendar, który działa identycznie.Wszyscy znamy Instagrama. Ale mam wrażenie, że jeszcze nie wszyscy go używamy.

Z jednej strony można powiedzieć: ale cholerny zżeracz czasu, po co mi to.

Ale z drugiej: dzielisz się ładnymi fotami, dajesz najbliższym znać, co u Ciebie, znajdujesz niesamowite pomysły i produkty, o których nigdy nie słyszałeś. A może długo szukałeś.
A, no i odkrywasz genialnych ludzi.

Jeden wrzuca same zdjęcia kawy z różnych części świata. Inny jest fotografem pracującym w Korei lub designerem z Nowego Jorku. Klikasz „obserwuj” i już wiesz, jak im idzie w życiu.

Poznawaj genialne persony, dziel się dobrem i szukaj inspiracji.

Dlaczego tak:
– zdjęcia są super;
– ludzie są super;
– pomysły, jakie mają też są super;
– możesz widzieć moje prywatne życie o tutaj: instagram.com/mikdenysiuk
PS. wrzucam dużo zdjęć kawy

Dlaczego nie:
– łatwo złapać nawyk ciągłego sprawdzania Insta, co wiąże się z marnowaniem czasu.
Jeśli już o zdjęciach mowa, nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu najlepszej aplikacji do edycji na świecie.

Korzystam z niej od paru miesięcy i działa o wiele lepiej, niż obróbka we wcześniej wspomnianym Insta lub w domyślnym albumie.

Dlaczego tak:
– tam też ludzie dodają ładne zdjęcia;
– masz mnóstwo sposobów edycji fot;
– a możesz dokupić jeszcze więcej.

Dlaczego nie:
– nie chcę, żeby Twój Instagram był ładniejszy od mojego.Sam do końca nie wiem, jak kiedyś mogłem funkcjonować bez tej apki. Naprawdę.

Zobacz, pierwszy lepszy przykład z życia wzięty.

Jestem w kawiarnii, przystanek jest osiemset metrów stąd, a zazwyczaj nie znam godzin odjazdu autobusów. Dlatego biorę telefon leżący na stole obok filiżanki z kawą, wpisuję punkt, do którego chcę się dostać i już, wszystko wiem.

Albo jestem w nowym mieście, na przykład w Krakowie na festiwalu. I kompletnie nie wiem jak dojechać. Co robię?
Otwieram JakDojade, wpisuję „Muzeum Lotnictwa” i znów wiem, że muszę poczekać piętnaście minut na tramwaj numer trzy.

Dlaczego tak:
– jeśli nie masz akurat innego transportu niż bus lub pociąg, ta apka to spełnienie marzeń.

Załóżmy, że akurat robisz sobie przerwę od pracy.

Może idziesz coś zjeść, może idziesz po dodatkowy kubek kawy. A może siedzisz i scrollujesz fejsa.
I tak od czasu do czasu zauważysz jakiś wartościowy artykuł.

A to coś o polityce, a to o wpływie internetu na myślenie. Albo o ośmiu aplikacjach, jakich używa jakiś tam bloger.

Otwierasz, ale po chwili rozumiesz, że powinieneś wrócić do działania. Dlatego robisz to, co każdy, jeśli chce coś przeczytać, ale akurat nie ma na to czasu – dodajesz do zakładek.

I to potem tak leży i leży, aż po prostu o tym zapominasz. I nigdy tam nie wracasz.

Pocket ma takim sytuacjom przeciwdziałać. Od razu, zamiast do zakładek, wrzucasz link prosto z komputera na aplikację.
I czytasz. Kiedy czekasz na kogoś lub na jedzenie w kawiarnii. Kiedy jedziesz pociągiem albo stoisz w kolejce.

Zawsze, kiedy masz wolne pięć minut.

Dlaczego tak:
– bo warto w końcu przeczytać te wszystkie artykuły, które zalegają w zakładkach 

 


Życie w tych czasach jest genialne. Nie ma co do tego wątpliwości.
Czemu więc mamy nie korzystać z tych technologicznych dokonań, skoro jest ich aż tak wiele? 🙂

M.