Po prostu kocham pracować z ludźmi, którzy ogarniają. Serio, no mało co tak mnie cieszy.


Wiesz, z takimi, którym nie trzeba pokazywać palcem, aby coś zrobili. I którzy nie potrzebują Cię ciągle obok, żeby doprowadzić całość do samego końca.

Witamy się, zamienimy dwa słowa na jakiś luźny temat i od razu siadamy do pracy. Ja wiem, co mam zrobić, bo akurat działamy nad moją sprawą; on wie, bo jest z tego magicznego grona, które zawsze ogarnia. Nie muszę go błagać, aby mi w czymś pomógł, ani wydawać rozkazów, tym bardziej nie martwiąc się o to, że popełni błąd.

Taka osoba przyjmuje prośbę o pomoc. Bierze ją, ogląda z każdej strony, kiwa porozumiewawczo głową i poprawia okulary.
Następnie mówi, co jest w stanie zrobić. W kolejnym etapie to robi. A w ostatnim okazuje się, że zrobił jeszcze dodatkowe dziesięć czy dwadzieścia procent.

A ja w jednej chwili mam szczękę na podłodze, bo rzadko spotykam kogoś tak dobrego.

I myślę sobie, że naprawdę miło jest spotykać takich ludzi na swojej drodze. Nie martwiąc się o to, że coś nie wyjdzie. Bo nawet jak zacznie iść w złą stronę, to na pewno wspólnymi siłami dacie radę to zawrócić.

Ale, wydaje mi się, że nie chodzi o to, jak Ci ludzie pracują. Ani o to, że robią to dobrze.

Chodzi o filozofię, która zmienia wszystko wokół.


W 2016 miałem okazję brać udział w wolontariacie TEDxLublin. Spore wyzwanie. Przynajmniej jak dla mnie.

Jeden pełny dzień. Od rana do wieczora. Ponad siedmiuset uczestników i kilkudziesięciu organizatorów. Sporo sponsorów. Mnóstwo inspirujących ludzi oraz jeden główny cel – aby to wszystko miało ręce i nogi.

Mieliśmy przydzielone określone zadania, za które musieliśmy wziąć pełną odpowiedzialność. Wiesz – rozwiesić plakaty, podawać torby z lunchem, zapraszać, doradzać, pomagać, zachęcać. Na początku wszystko rozłożyć; wieczorem wszystko pochować, a nawet owinąć folią litery „TEDX” stojące na scenie.

Było nas, wolontariuszy, prawie trzydzieści.

Każdy miał oczywiście przydzielony zestaw zadań, nad którymi musiał sprawować pieczę.
Jedni mieli siedzieć i przyjmować zapisy. Drudzy powinni stać przy drzwiach, aby witać gości. A jeszcze inni w tym czasie mieli wolny czas (który w 90% przypadków oznaczał udanie się na drugie piętro, gdzie podawano kawę. Pyszną. Z ekspresu. Za darmo.)

Całe wydarzenie przebiegło genialnie, a my, jako niezawodni wolontariusze zostaliśmy poklepani po ramieniu właściwie przez wszystkich. Każdy z nas wykonał swoje zadanie tak, jak należy.

Choć były przypadki robienia „ponad normę”.

Kumpel został dłużej i posprzątał. Ktoś inny działał nawet w czasie przerwy. Ja trochę kręciłem GoPro. Część z nas przed wydarzeniem rzucała różnymi pomysłami.

Teraz można by rzecz: jakie byłyby z tego dodatkowego wysiłku korzyści, skoro podajesz przykład wolontariatu?

Słuchaj…

Wyobraź sobie, czysto hipotetycznie, że współpracujesz z jakimś biznesmenem. I masz pomóc mu w stworzeniu rewolucyjnego produktu. Chce, żebyś wyłapywał błędy oraz spytał jak największej liczby osób, jakie są ich oczekiwania.

Myślisz – spoko. Robisz, co należy, wywołujesz uśmiech na twarzy gościa, dostajesz, co miałeś dostać w zamian i kończysz.

A teraz załóżmy, że trzymasz się zasady dawania więcej.

I oprócz zadań, o które Cię poprosił, robisz coś jeszcze. Na przykład przygotowujesz mu transkrypcję. Załatwiasz mu współpracownika. Rozwiązujesz problem albo przynajmniej szukasz możliwych opcji. Robisz ankietę, w której nagrodą jest ten nowy produkt, za który sam zapłacisz.

Dajesz mu to wszystko.

On jest w szoku. Ty jesteś dumny.
On w przyszłości opowiada o Tobie innym. Ty masz więcej okazji.
On z przyjemnością wyświadczy Ci przysługę. A Ty mu za to podziękujesz.

I tym prostym sposobem, wygrywając więcej dla niego, wygrywasz więcej dla siebie.

Dlatego właśnie warto dawać więcej, niż z początku obiecujemy.
I więcej, niż inni od nas oczekują.

W dosłownie każdym temacie.

Dziewczyna chciałaby pojechać gdzieś w jej urodziny – przygotuj my jeszcze jakąś niespodziankę. Bo sprawisz jej niewyobrażalną przyjemność.

W pracy, jeśli szef chce, żeby zostać godzinę dłużej. Zostańmy dwie. Bo pokażemy, że faktycznie nam zależy.

W szkole – powinniśmy ogarnąć dany dział. Nauczmy się go, zróbmy research i przygotujmy jeszcze *coś*, dzięki czemu zabłyśniemy. Bo udowodnimy, że stać nas na więcej.

W wolontariacie, dorzućmy jeszcze swoje trzy grosze.
W zwykłej pomocy, zamiast robić tylko to, o co nas proszą – zróbmy jeszcze coś drobnego, o czym wcale nie wspomnieli.
Bo to i dobry uczynek, i okazja, żeby pokazać komuś „wyżej”, że ma się potencjał do większych działań.

Bądźmy zawsze tą jedną osobą, z którą się tak super pracuje, żyje i wszystko ogarnia. Bo to wyróżni nas z tłumu.

Bądźmy taką, którą aż miło jest na koniec tego wszystkiego uścisnąć. Której chce się szczere podziękować oraz opowiedzieć o jej umiejętnościach znajomym, jak i innym osobom, które miałyby kiedyś zaproponować nam współpracę.

A każda z tych decyzji, gwarantuję, przyniesie za sobą niewyobrażalną lawinę benefitów, z których będziesz korzystał jeszcze przez długo.

Dlatego starajmy się dawać więcej, niż obiecujemy.

A zobaczysz, jak z czasem WSZYSCY to docenią.
A te małe, dodatkowe wysiłki przerodzą się w coś naprawdę wielkiego.

Czego nikt nam nigdy nie obiecywał.