Ludzie już tak mają. Wszystkiego chcą natychmiast.


Nikt z nas nie chce przecież czekać.

Praca musi być tutaj i najefektywniej, jak można. Efekty muszą być tuż za rogiem. Praca musi znaleźć się od razu. Kumpel powinien znać decyzję teraz. Kelner ma przynieść jedzenie natychmiast. A nasze rany z przeszłości powinny zniknąć w parę tygodni.

Ale spoko, ja miałem tak samo. W sumie nadal często mam. Choć wygląda to nieco inaczej.

Bo po wielu, wielu potknięciach dotarło do mnie, że takie myślenie kompletnie nie pomaga. Niczego nie przyspiesza ani nie motywuje nas do lepszego ogarniania.

Ciągłe myślenie o czasie tylko utrudnia każdą najmniejszą rzecz, nad którą pracujemy.

Dlatego, najzwyczajniej w świecie, konsekwentnie zacząłem odsuwać je na bok i sprawdzać, co z tego wyjdzie, skupiając się na tym, co jestem w stanie zrobić, zamiast na tym, co jeszcze mam przed sobą.

Ale trochę musiało to potrwać.

 

Kiedy byłem mały, ogromnie chciałem grać w drużynie piłkarskiej. Na bramce. Marzyłem, aby kiedyś być jak Buffon albo Casillas. Lepiej – mała wersja mnie nie wyobrażała sobie innej możliwej opcji.
No więc przychodziłem i grałem. Nawet jak padało, to byłem. Nie zastanawiałem się nad tym, czy moje plany są realne ani nad tym, ilu piłkarzy faktycznie jest „na topie”. Sprawiało mi to przyjemność jak każdemu innemu chłopakowi na boisko.

Zwyczajnie wiedziałem, że chcę to robić.

Po jakimś czasie trener opowiedział nam o zbliżającym się turnieju, na który oczywiście każdy, włącznie ze mną, chciał jechać.
A skład był ograniczony.

„Przemyślę jeszcze sprawę i zadzwonię do tych wybranych w weekend.” – orzekł.

„Okej” – pomyślałem. Będę siedział teraz z telefonem w ręku, czekając na zbawienny sygnał. I tak zrobiłem.
Piątek – cisza. No dobrze, pewnie nie ma czasu. Jest okej. Poczekam.
Sobota – cisza. Mała niepewność. Może zapomniał? Nie no, na pewno zadzwoni.

Niedziela popołudniu.

Dzwonię do trenera. On nie odbiera. Raz, drugi, trzeci – poczta głosowa.
Wpadłem na pomysł, żeby skontaktować się z jego mamą. Znalazłem w książce telefonicznej numer – dzwonię.
Tłumaczę całą sytuację. Ona grzecznie słucha i stwierdza, że jeśli syn nie odbiera, to pewnie jest zajęty.

I wiecie co się stało?

Tak, nie zadzwonił w ogóle.
Zawiedzony skończyłem chodzić na treningi, bo uznałem to za stratę czasu.

I można by pomyśleć – zrozumiałe, pewnie był ktoś lepszy ode mnie.
Oczywiście, że był.
Bo nasz Mikołaj zjawił się tylko na czterech treningach, na których za dużo rozwoju raczej nie zaznał.

Wtedy taka sytuacja była dla mnie po prostu bolesną niesprawiedliwością świata.
Bo, kurcze, dlaczego ktoś pojechał na turniej, a ja nie?

Nie raz jeszcze spotkałem się z tego typu życiowymi „ścianami”.
Ale z każdą kolejną, kiedy wiedziałem, że muszę wybrać inną drogę, moje myślenie stawało się nieco inne.
A dzisiaj te doświadczenia traktuję bardziej jak uniwersalne nauczki, które pozwalają mi dowiedzieć się czegoś o sobie.

Grałem na perkusji i ciągle popełniałem błędy w konkretnym rytmie. I wcale nie byłem do niczego.
Po prostu ćwiczyłem to całe granie maksymalnie raz w tygodniu. Przez kilka miesięcy.

Uczyłem się angielskiego i nie potrafiłem płynnie mówić.
A trenowałem to tylko raz na parę tygodni, jeśli akurat nadarzyła się okazja.

Teraz. Nareszcie. Jeszcze nie w pełni, ale na pewno lepiej, niż wcześniej.
Po tych wszystkich cholernych potknięciach, w końcu zaczaiłem, o co chodziło.

Nie patrzę już na to, jak mi idzie. Bo nie to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Czasem zerknę, czy statystyki podskoczyły, czy lajki się zgadzają, czy ktoś doszedł lub ubył.
Ale nie robię tego ciągle, a przynajmniej tak się staram.
Wolę poświęcić całą tę energię na zajęcie, które faktycznie coś mi da.

A nie tylko pozwoli pomartwić się tym, jak to nudno jest na początku drogi.

Do tego wszystkiego nie trzeba tylko wysiłku, talentu, szczęścia i takich tam. Tu przede wszystkim potrzeba cierpliwości.

 

Poza tym, czasu nie potrzeba nam tylko do pracy i stawania się lepszym w rzeczach, na których nam zależy.

Ważniejszą jego cechą jest – w wielu przypadkach – zmiana perspektywy.
To, jak nawet najgorsze porażki potrafi przekuć w ogromne wnioski. Jeśli tylko świadomie się na ich temat zastanowimy.

Pewien znany pisarz powiedział kiedyś, że…

HUMOR = TRAGEDIA + CZAS

O ludzie, ile w tym prawdy.

Choć nadal czuć delikatną gorycz, kiedy pomyślimy o jakimś bolesnym doświadczeniu z przeszłości, z każdym kolejnym dniem jest jej jakby nieco mniej.

Od siebie dorzuciłbym jeszcze, że zamiast humoru, w tym równaniu, przed znakiem równości dobrze jest wstawić „lepsze spojrzenie na świat”. I czasem pomyśleć o różnych rzeczach właśnie w ten sposób.
Zamiast załamywać się, że umiemy tak mało, a matura lub kolos na studiach zbliża się wielkim krokami – po prostu przypomnieć sobie, jak było kiedyś. I w jaki sposób wszystko samo przychodzi.

Jeśli tylko wiemy, co zrobić.

Zamiast wszem i wobec stwierdzać, że nasza praca jest kompletnie bez sensu i najlepiej jest rzucić to wszystko w cholerę, wyjechać na Islandię i zamieszkać w małym domku gdzieś niedaleko plaży, mądrzej jest po prostu wziąć głęboki wdech.

Następnie zrobić wydech.

I cisnąć dalej.

Bo teraz może nie być idealnie.
Ale róbmy co do nas należy, a zobaczysz, że niedługo wszystko stanie się oczywiste, proste i dobre.

Tak, jak oczekiwaliśmy tego na samym początku.

M.