Michał, kiedy doświadczył jednego z najgorszych momentów w jego życiu był już szczęśliwym mężem i tatą dwójki małych bachorków.

I prawdopodobnie nie spodziewał się, jak wszystkie jego jeden po drugim określone cele w jednej chwili stanął się tylko historią, do której powrót będzie równał się z cudem.


Oprócz wielkiego zamiłowania do ciężkiej pracy, Michał kochał też sporty ekstremalne. Dokładniej – snowboard.
Uwielbiał pod koniec każdego roku złapać pierwszy śnieg i zacząć nowy sezon z przytupem. Dlatego w grudniu 2007 roku wziął pod pachę deskę, wziął dobrego kumpla i razem zdecydowali się zorganizować wypad na trzy dni w góry.

Nic specjalnego, szybka akcja, trochę pośmigają po stokach i wracają do domu.

No nie do końca.

Sunąc ze znaczną prędkością w dół, już jako dosyć doświadczony zawodnik, Michał po jednym ze skoków po prostu nie utrzymał równowagi i w jednej chwili zaczął odbijać się niczym piłka kauczukowa rzucona przez przedszkolaka.
W powietrze i na nogi. W powietrze, przez głowę, na plecy i znów na nogi. Chłopiec nadal nie złapał swojej piłki a z każdym kolejnym uderzeniem działo się coraz gorzej.

Aż po paru odbiciach coś chrupnęło.

Pomoc, karetka, ogromny ból. Transport do najbliższego szpitala, konkretna diagnoza – złamane obie nogi, potrzebna operacja.
Dodatkowo, marna prognoza na przyszłość, brzmiąca mniej więcej jak „brak gwarancji przywrócenia pełnej sprawności ruchowej”. Niemal jak wyrok bez zawieszenia.

Po tygodniu wspomniany zabieg – blaszki i kilkanaście metalowych śrubek w obu nogach. Zero chodzenia, zero wstawania.

Z deski i super planów na przyszłość, w ciągu paru sekund jedyną przyszłością Michała stała się rehabilitacja, łóżko i modlitwa o choćby możliwość normalnego funkcjonowania.

Jakby tego było mało, pojawiły się negatywne myśli:
Czy to wszystko, co było dobre to się już wydarzyło? Czy jeszcze będę mógł cokolwiek zdziałać? Zawiodłem rodzinę, zawiodłem szefa, zawiodłem siebie. Jak mogłem do czegoś takiego dopuścić? Jak mogłem być tak głupi?

Tu już nie chodziło nawet o ból fizyczny i to, czy Michał będzie chodził. Problemem stał się sposób myślenia, który nie pozwalał mu nawet przez chwilę docenić, że jeszcze żyje.

Przed wypadkiem był jak kuloodporny. Los rzucał w niego największymi wyzwaniami, a dla niego były one jedynie kolejną sprawą do załatwienia.
Teraz? Teraz czuł się jakby coś w nim pękło. Jakby jakaś niewidzialna siła nagle odebrała mu całą siłę, jaką przez lata sobie wypracował.

Ale po jakimś czasie, zaczął myśleć logicznie.

Przecież to on jest jedyną osobą, która może zmienić ocenę sytuacji. I albo nastawi się pozytywnie i uda, że się nic wielkiego nie stało. Albo będzie zgrywał niewinną ofiarę, którą ukarał ślepy los.

Na szczęście wybrał to pierwsze.
Przynajmniej na zewnątrz. Bo w środku nadal było niesamowicie krucho.

Ale okej, zaczął sobie znów stawiać jakieś cele. Zaczynając od tych małych, jak posprzątanie pokoju.
Dla nas? Drobostka.
Dla niego? Dwa dni chodzenia na kolanach, bo kostki nie nadawały się jeszcze do takich obciążeń.

Z każdym kolejnym wyzwaniem, wiara w siebie Michała zaczynała zmieniać się niczym pasek postępu nad postacią w Simsach, której chcemy nauczyć nowej umiejętności.

Aż pewnego dnia jego determinacja sięgnęła zenitu.
Przebiegnie maraton.

Nie może chodzić, ledwo może ustać na własnych nogach, a teraz wymyślił, że przebiegnie prawie 43 kilometry.
No szaleniec.

Ale potrzebował tylko trochę czasu.

Kwiecień 2008 – mógł chodzić o kulach.
Czerwiec 2008 – lekarz i rehabilitanci pozwalają chodzić już bez nich. Ćwicząc każdego dnia, w lipcu pozwolono mu już biegać.
We wrześniu ukończył swój pierwszy bieg. Na dziesięć kilometrów.

Marzec 2009 – pierwszy półmaraton.
Pierwszy maraton – nieudana próba, musiał zejść z trasy przez kontuzję kolana. Kolejna rehabilitacja trwająca pięć miesięcy.

Potem dwa lata przerwy, mapa z trasą maratonu na ścianie w pracy, początek swojej nowej, głównej kariery i setki kilometrów przygotowań do maratonu.

I, wierz mi lub nie, ostatecznie mu się udało. Ukończył go.

Co ciekawsze, dzisiaj jest jednym z największych blogerów w Polsce.

Nazywa się Michał Szafrański i jest autorem bloga Jak Oszczędzać Pieniądze.

Z podobnego kalibru problemami musieli radzić sobie Nelson Mandela, którego inni powstrzymywali od wypełnienia swojej życiowej misji. Paul Kalanithi, neurochirurg, autor When Breath Becomes Air, który zachorował na raka i musiał ten fakt ostatecznie zaakceptować, wykorzystując czas, jaki mu pozostał. Arnold Schwarzenegger, który, nawet będąc w wojsku, co jakiś czas wymykał się, aby brać udział w zawodach dla kulturystów. Tysiące artystów, którzy aby móc dać światu to, co dać mu chcą najbardziej, musieli pokonać depresję oraz twórców, którym towarzyszyły lata niepewności i zwątpienia.

Z wyzwaniami radzi sobie każdy. Wszyscy codziennie musimy pokazywać, z jakiej gliny jesteśmy ulepieni.

Możemy ciągle bazować na czyichś historiach, ale przecież najprościej uczy się z własnych.

Kiedy musisz nauczyć się do ogromnego testu w kilka dni. Pracować od rana do wieczora przez parę tygodni. Łączyć siedem aktywności każdego dnia, bo tego wymaga sytuacja. Gotować, sprzątać, pracować, uczyć się. Ogarniać milion spraw, tysiąc spotkań, kilkaset telefonów. Mało snu, mało odpoczynku, mało rozrywki. Wielki stres, wszechogarniające zmęczenie, brak perspektyw na poprawę.

Przecież nie tak miało wyglądać to życie, nie?

Spoko, ja mam to samo.

Przeprowadzka, blog, nauka. Dieta, treningi, książki. Zmiany, zmiany, zmiany. Wyzwania, problemy, brak snu. Litry kawy, walka z chorobą i granicząca z cudem próba zachowania w tym wszystkim spokoju.

I kiedy jest już bardzo źle, i naprawdę myślę, że czas odpocząć… przypominam sobie, jak to wszystko działa.

Kiedy chcę dać sobie chwilę wytchnienia, wiem, że to najgorszy moment na taką decyzję.
Bo to właśnie w takiej chwili życie chce zobaczyć, na co zasługujemy.

Czy na satysfakcję, wymarzoną pracę, piękny związek, podróże i wszystkie piękne rzeczy oraz doświadczenia, o które każdego dnia walczymy. Czy tylko na jakąś niepełną wersję naszej wymarzonej rzeczywistości, którą otrzymamy w formie nagrody pocieszenia.

Życie zawsze będzie nas sprawdzać.

Czasem częściej, czasem rzadziej. Z chorymi wymaganiami albo z taryfą ulgową. Kiedy będziemy się tego spodziewać, innym razem, kiedy najmniej będziemy tych sprawdzianów oczekiwać.

Ale wiesz co Ci powiem? To dobrze.

Dobrze, że jest los, który daje nam wyzwania, dzięki którym możemy pokazać, na co nas stać. Że mamy okazję walczyć o coś, na czym na zależy. Dobrze, że możemy udowodnić na co zasługujemy.
Inaczej życie byłoby nudne, nie docenialibyśmy spokoju i pewnie nie staralibyśmy się tak bardzo.

I przede wszystkim – nie wiedzielibyśmy, jaka drzemie w nas siła.
A uwierz mi, jest ona o wiele większa, niż nam się kiedykolwiek wydawało.

Teraz jest najlepszy moment, aby ją wykorzystać.