Słyszysz dźwięk przynajmniej tak głośny, jakby obok startował odrzutowiec F16 albo AC/DC właśnie rozpoczynało swój koncert zaraz obok Twojego łóżka.


Chwilę później przypominasz sobie, gdzie jesteś, klikasz intuicyjnie drzemkę i przekręcasz się na drugi bok.
Pięć minut przecież nie zaszkodzi.

Po paru momentach znowu robisz to samo. A potem powtarzasz to jeszcze dwa razy.

Kiedy Twój deadline na ogarnięcie się powoli mija, zaczynasz rozumieć, że w ten sposób nic nie wskórasz. I pomimo ogromnego bólu będziesz musiał wstać. Ze słabym humorem i spóźnieniem, które samemu sobie wypracowałeś poprzez klikanie niewłaściwego guzika na ekranie telefonu.

I myślisz sobie – jak można być tak bezlitosnym, żeby zrywać człowieka z łóżka przed siódmą rano. To prawie jak środek nocy.
Przecież w zimie jest jeszcze ciemno.

Spoko, też tak czasem sobie myślę. I też lubię kliknąć sobie czasem drzemkę.

Ale potem wracam do tych wszystkich sposobów, które za chwilę poznasz.

I potem nie wiem, jak to się dzieje, że nogi same wyprowadzają mnie z łóżka.
Innymi słowy – jeśli zrobisz, co trzeba przed położeniem się spać, znacznie zwiększysz szanse, że rano jednak uda Ci się oprzeć słynnym „jeszcze pięciu minutom”.

Jakbym miał dać krótki przepis na dobre przygotowanie do snu, to powiedziałbym mniej więcej tak:

Na pewno zapewnij sobie dużą dawkę spokoju chociaż na godzinę przed snem. Nie korzystaj z internetu, laptopa ani telefonu. Zaplanuj wszystko, nie stresuj się już i zostaw rozgrzebane rzeczy na jutro. Chyba nie uciekną.

Odpuść sobie również picie kawy od osiemnastej aż do położenia się spać. Przepraszam, ale tak trzeba.

Weź notatnik i wypisz wszystko, co Cię ostatnio trapi oraz to, czym będziesz musiał się w niedalekiej przyszłości zająć.
Nic tak nie pomaga w dobrym odpoczynku jak wyrzucenie z siebie tego, czym się martwimy.

Ustal sobie też jakiś fajny rytuał, który będziesz z przyjemnością powtarzał. Na przykład – wypij ulubioną herbatę, umyj zęby, pomedytuj dziesięć minut, poczytaj trochę i posłuchaj spokojnej muzyki. Cokolwiek, co lubisz robić, i co dobrze nastraja Cię przed snem będzie idealne.

Nie musisz wykorzystywać każdego z tych pomysłów, żeby Ci się udało. Weź te, które wydają się najbardziej wpasowywać w Twój gust, a resztę po prostu tu zostaw.Moja autorska, opracowywana przez setki poranków metoda nareszcie ujrzy światło dzienne. Panie i Panowie, chyba najprostsza, ale w większości przypadków dająca najlepszy wynik strategia na wstanie z łóżka:

Rzeczywistość jest taka, że nawet, jeśli specjalnie położyłeś telefon daleko od łóżka (bo tak pisali w necie), to i tak zazwyczaj wstajesz, wyłączasz budzik i znów zatapiasz się w ciepłej pościeli.

Bądźmy ze sobą szczerzy – kto z nas tak nie robi?

Rozwiązanie jest bliżej, niż Ci się wydaje.
Właściwie, jest ono gdzieś na drodze pomiędzy Twoim królestwem snu, inaczej zwanym łóżkiem, a szafką, na której rozlega się najgłośniejszy w tym momencie dźwięk na świecie, nazywany potocznie budzikiem.

Rozwiązaniem jest po prostu przerwanie tej krótkiej ścieżki pomiędzy dwoma punktami. Czymś, co zajmie Cię na kilka chwil.
A najlepiej, żeby Cię przy tym obudziło.

Może to być wielka szklanka z miodem i cytryną. Może być z kilkoma kostkami lodu. Może być espresso, które przed chwilą przyniósł miły domownik, którego wczoraj o to poprosiłeś.

Ale nie musimy przecież tylko pić.

Można otworzyć okno i poczuć na swoich policzkach pobudzający wiatr z dworu. Można też puścić głośną muzykę.

A osobiście, z tych wszystkich sposobów najbardziej polecam serię kilku pompek. Nic tak dobrze nie rozrusza krwi w żyłach jak taki konkretny wysiłek.

Wtedy powrót do łóżka wydaje się nawet bardziej absurdalnym pomysłem niż nie wypicie porannej kawy.I spróbuj przez najbliższe 30 dni bez przerwy wstawać o ustalonej godzinie. Na przykład przez siódmą.

Zasady gry są proste – za każdym razem, kiedy Ci się nie uda, musisz zacząć od nowa.

A jak w końcu Ci się uda, to ranne wstawanie zdąży wejść Ci porządnie w krew.Pamiętasz ten zapas energii, jaki miałeś, kiedy wiedziałeś, że gdzieś wyjeżdżasz? Albo że się spotykasz z kimś super. Albo że po prostu masz przed sobą genialny dzień pełen wrażeń, który tylko czeka, aż weźmiesz w nim udział.

Wtedy nawet wstanie o piątej, ba, nawet o czwartej nie robiło wielkiego problemu. Podnosi się głowę od poduszki, z uśmiechem wyłącza się budzik, strzela się mocną kawę i rusza w przygodę.

I tu znajduje się kolejne, całkiem dobre rozwiązanie.

Żeby wstawać wcześniej bez problemu, musisz najpierw mieć po co.

Poranek jest trochę jak ta słynna scena z Matrixa. W jednej dłoni znajduje się czerwona pigułka z napisem ogarnianie dnia, a w drugiej niebieska ze snem. W takiej konfrontacji dobrze wiemy, kto wygra.

Ale jeśli zmienisz to banalne „ogarnianie dnia” na „dbanie o to, aby spełnić swoje marzenia, pokazać, że faktycznie jestem coś warty i wykorzystuję dany mi czas”, to sytuacja nieco się zmienia.
A Ty razu zaczynasz patrzeć na ten wybór nieco inaczej.

Jeśli masz przed sobą kilkanaście godzin pracy i nadrabiania obowiązków, nadaj im po prostu jakąś wartość. Udowodnij samemu sobie, że ma to sens. Że wstanie o tej nienormalnej porze tym razem się opłaca.

Że wstanie o nienormalnej porze zawsze się opłaca.
Jeśli masz do tego wartościowy powód.Może to banalne, ale najłatwiejszym sposobem na wczesne wstawanie jest po prostu przyzwyczajenie się do niego.

W poniedziałek zaśpisz. We wtorek podniesiesz się pięć minut później. W środę znów nie dasz rady, a w czwartek wstaniesz o właściwej godzinie.
Po kilku, czasem kilkunastu takich dniach Twój organizm po prostu przyzwyczai się do ustalonej rutyny i sam, bez Twojej pomocy będzie działał zgodnie z planem.

Jeśli codziennie będziesz „gasić światło” punkt dwudziesta trzecia, a wpadać w wir nowego dnia o szóstej rano, to już po dwudziestej drugiej będzie chciało Ci się spać, a czasami uda Ci się obudzić jeszcze zanim zadzwoni Ci poranny budzik.

Nie będziesz musiał nawet w to zbytnio ingerować.

Gorzej, jak zdarzy się jakaś impreza, a cały schemat rozpadnie się jak domek z kart. Wtedy trzeba będzie zacząć raz jeszcze i od nowa przyzwyczaić się do tego, co było.

Ale spoko, to też da się zrobić.Dobre sposoby to jedno, ale jest jeszcze jedna ważniejsza sprawa.
Mianowicie nasz organizm.

To od nas w dużej mierze zależy, czy będziemy jutro czuć się dobrze, czy będziemy zaspani, czy będziemy potrafili się skupić i faktycznie być produktywnym do wieczora.

A to osiąga się przede wszystkim przez zadbanie o nasz silnik. I podrzucenie mu takiego paliwa, na jakie zasługuje.

Sport choćby dwa, trzy razy w tygodniu. Dobre nawodnienie. Wartościowe jedzenie. Mniej cukru. Mniej alkoholu. Trochę mniej kofeiny. Mniej siedzenia, więcej chodzenia. Mniej ekranu, więcej książki. Odpoczynek. Więcej luzu i częste wyrzucanie z siebie stresu.

Mówię Ci, spróbuj faktycznie, w pierwszej kolejności zwrócić uwagę na swój organizm. Zadbać o niego i postawić zdrowie na pierwszym miejscu. A zobaczysz, jak reszta stanie się o wiele łatwiejsza.

Nawet to cholerne wstawanie rano.Najlepiej dzień wcześniej.

Tym, że jutro naprawdę jest nowy dzień, który możesz wykorzystać. Że spotkasz ludzi, których uwielbiasz, wypijesz dobrą kawę i pokażesz, z jakiej gliny jesteś ulepiony.

Posłuchasz cudnej playlisty podczas porannego ogarniania obowiązków. Ugotujesz coś pysznego. Zadzwonisz do przyjaciela. Pogadasz z ludźmi na Sekretnej Kawiarnii. Kupisz sobie sweter na jesień. Wyskoczysz z przyjaciółką po zajęciach do kawiarni na sernik. Poszukasz lotów do Szwecji na jakiś weekend. Przeczytasz kilkanaście stron świetnej książki.

Zrobisz te wszystkie genialne rzeczy, którymi możesz się zająć.
Bo to Twój dzień.Bo co właściwie sprawia, że nie potrafisz się rano podnieść?

Nie masz zbudowanego nawyku? Brakuje Ci motywacji, żeby postawić stopy na podłodze? Za mało śpisz? A może za dużo śpisz?
Jesz niezdrowo? A może po prostu wolisz pospać zamiast wziąć się za ogarnianie rzeczywistości? Spróbuj znaleźć główne źródło problemu i ogarnij je w pierwszej kolejności.

Możliwe, że wstawanie przed wschodem słońca zawsze było Ci pisane, tylko po prostu nie wiedziałeś, jak się za to zabrać.

Teraz już chyba wiesz, nie?