Czas zapierdziela, nie ma co.


Powiedział mój tata, kiedy kolejny raz rozmawialiśmy o tym, co wydarzyło się w tym roku. Co się udało, co było trudne i co jeszcze ciekawego niesie nam najbliższa przyszłość.

I kurde, to naprawdę smutne.

Bo czas faktycznie szybko leci. Z dnia na dzień tego może nie widać, ale on coraz bardziej przyspiesza.
Sam to widzę. Kiedy ja właściwie jestem na samym początku życia.
A jak ma się tych lat czterdzieści czy w górę, to już w ogóle szkoda gadać.

Czas pędzi o wiele za szybko, żebyśmy zdążyli go zauważyć.

Szczególnie, jak ma się do zrobienia naprawdę dużo rzeczy.

Mój dzień wygląda wtedy mniej więcej tak: piję kawę (jeśli zdążę), jem śniadanie (całe, jeśli zdążę) i wychodzę. W trakcie dnia robię jakieś pięć ciężkich rzeczy, a czasem też kilka mniejszych. Wracam do domu wieczorem i zazwyczaj muszę dokończyć coś jeszcze na nadchodzący dzień.

I przyznam całkowicie szczerze, że kocham takie życie.

Naprawdę, uwielbiam, kiedy ogarniam dużo spraw i czuję progres. Przy tym wszystkim, moja produktywność jest większa niż kiedykolwiek wcześniej, bo wiem, że po prostu muszę działać. Kiedy mam dużo czasu do zagospodarowania, zwykle jakoś nie potrafię tego wszystkiego zebrać do kupy.

Ale poza tymi plusami, o których wspomniałem, pod koniec dnia widzę mnóstwo niedoskonałości.

Nie przeczytałem nawet strony książki, którą chcę skończyć już od jakiegoś miesiąca.
Nie napisałem do przyjaciółki, a wczoraj przecież obiecałem, że wieczorem się zgadamy.
Znów położę się po północy, a mój organizm dostanie za mało snu.

Bo tego wymaga akurat czas. Życia na trzech kawach i ciągłego ogarniania na najwyższym poziomie.

I okej, nie raz tak bywa.
A po tych, powiedzmy, trzech czy czterech tygodniach ciągłego biegania, siadasz i nareszcie bierzesz upragniony, głęboki wdech.

Patrzysz na kalendarz, a na nim widzisz przyszłość.

Dopiero co jarałeś się początkiem października, a tu już końcówka listopada.

Brzmi znajomo, co?

Najgorzej, że motamy się w tym schemacie właściwie wszyscy.
I tylko nielicznym udało się z niego wyrwać.

A nasza „zatrzymywarka czasu” jest po prostu schowana.

Ukryta pod stertą obowiązków. Pod stertą rzeczy, którymi się zajmujemy, kiedy czas przemija w tle.

Pod kalendarzem z zadaniami, pod numerami telefonów, książkami, notatkami i kolejnymi kubkami kawy. Pod bezsensownymi filmikami, scrollowaniem fejsa i gadkami-szmatkami, których tak naprawdę nie chcemy prowadzić. Pod torbą, rozmowami, pracą i wszystkimi ważnymi sprawami, które nie mogą przecież poczekać.

A przynajmniej tak nam się wydaje.

I tak biegamy i biegamy.
A życie leci i leci.

Tkwimy w tym, właściwie nie szukając rozwiązania.
Prędzej siądziemy, powiemy, że nasz żywot jest krótki, a nam ciągle brakuje na wszystko czasu, niż faktycznie zaczniemy działać.

A to przecież nie o to chodzi.

Ciągłym lataniem od poniedziałku do piątku i imprezą ze znajomymi czy kawą z kumplem w sobotę nie załatwi się sprawy.
Od nastepnego poniedziałku znów wrócimy do rutyny i taki będzie tego finał.

Finał, że znów jesteśmy w punkcie wyjścia.

Dlatego chciałbym podrzucić Ci kilka sposobów.
Od razu mówię – to nie jest nic rewolucyjnego.

Pewnie o części słyszałeś, pewnie niektóre już sam stosujesz.

To są po prostu mega proste, dosyć logiczne i intuicyjne strategie. Które pozwolą Ci przytrzymać czas na nieco dłużej.

Chodzi tylko o to, żebyśmy przez kilka minut każdego dnia świadomie i specjalnie widzieli, jak czas płynie i jak go wykorzystujemy.

I nie skacz między nimi.

Naszym głównym problemem od początku tego wieku jest brak umiejętności skupienia się na jednej rzeczy przez dłuższy czas.
Stąd, kiedy musimy skoncentrować się na jakimś zadaniu, nie potrafimy wytrzymać z nim paru dłuższych chwil.

A jak usiądziesz i poświęcisz mu kilka nieprzerywanych godzin, to sam zobaczysz, jak wszystko będzie szło szybciej.
I zrobisz tego dnia o wiele więcej, niż z rana zakładałeś.I tym nowym plecakiem, i tamtą chmurą na niebie.
Tą kawą, i tamtą zniżką na bluzę.
Tą gazetą, książką i uśmiechem na ulicy.
Tamtą osobą, chwilą czy wyzwaniem, jakie czeka na Ciebie w tym tygodniu.

W życiu można cieszyć się dosłownie ze wszystkiego.

A doceniania tych malutkich rzeczy naprawdę da się nauczyć.
Wtedy szczęścia masz nie do wyczerpania.

Jeśli naprawdę chcesz odpocząć od pracy, to odpal sobie Netflixa z kimś bliskim i zacznijcie jakiś genialny serial.
Albo pomedytuj. Albo pobiegaj, pójdź na spacer, na siłownię. Poczytaj, porozmawiaj, ugotuj coś smacznego, poświęć parę chwil na swoje hobby.

A nie siedź na Instagramie czy na Snapie. Nie sprawdzaj, czy jest coś na YouTubie, ani nie taguj
(dobra, ostatnie jeszcze przejdzie)

Bo te czynności dają Ci odetchnąć. Ale tylko w teorii.To najłatwiejszy sposób na zatrzymanie czasu, jakim dysponujesz.Czy naprawdę chcesz podjąć taką decyzję.
Czy faktycznie to, co robisz sprawia Ci przyjemność.
Jakie są Twoje intencje.
Dlaczego tak zrobiłeś a nie inaczej.

Zobacz swoje prawdziwe „ja” i działaj w zgodzie z nim.

Najlepiej bez muzyki, bo wtedy jest to właściwe jak medytacja.

Po prostu biegnij sobie swoim wygodnym tempem, obserwuj świat wokół oraz swoje myśli.

Na początku możesz się bardzo męczyć i będzie trzeba trochę czasu, żeby nabrać kondycji.

Ale przecież on i tak już szybko płynie, mam rację?I zobacz, jakie cuda ludzie potrafią stworzyć.Spytaj, jak dzień, czy poradziła sobie z tamtą przeszkodą, co ostatnio fajnego przeczytała i kiedy się widzicie.

Usiądź, weź coś do picia, zajmij się tylko i wyłączni tym.Ukulele, gitarze, pianinie.

I wsłuchaj się, jak gdzieś między nutami czas nie ma już znaczenia.

Najlepiej jakiś przyjemny artykuł.

Albo Coelho. Coelho zawsze dobrze zatrzymuje czas.
Choćby na tych jedenaście minut.

Nie pędź cały czas naprzód i nie wypatruj ciągle nowych rzeczy na horyzoncie. Nie skupiaj się tak bardzo na tym ważnym egzaminie za parę tygodni ani na wydarzeniu, co będzie miało miejsce za kilka miesięcy.

Tak czas będzie leciał po prostu o wiele wolniej.