Czasem mam takie dni, że już naprawdę nie ogarniam.


Znaczy, to nie tak, że nie potrafię zrobić kompletnie niczego. To by już była porażka.

Mogę wstać rano, chociaż z ogromnym trudem. Mogę zrobić sobie śniadanie i następny posiłek z diety, wypić kawę (jeżeli znajdzie się i na to pięć minut), wyjść z domu o czasie i jeszcze się nie spóźnić.

Ale potem, kiedy już po wszystkich zajęciach wrócę do domu, otworzę laptopa i siądę z kolejnym kubkiem kawy, to często wszystko się tak po prostu rozłazi.

Zazwyczaj dzieje się tak, ponieważ nie przestrzegam pewnych zasad, które jakiś czas temu sobie ustaliłem.
Przy tym nie dbam też o nawyki, które powinny być dla mnie świętością.

Ale ciekawiej jest, kiedy jednak udaje mi się to wszystko ogarnąć, trzymając fason od porannego postawienia nóg na podłodze, do samego ułożenia ich znowu pod kołdrą wieczorem.

Wtedy zazwyczaj korzystam z mega konkretnych sposobów, które pozwalają mi to całe życie ogarnąć.

I to właśnie o nich chciałbym Ci dzisiaj co nieco opowiedzieć.

Jak dla mnie, to taka swoista podstawa udanego dnia.

Nie potrafię wrócić na właściwy tor ogarniania rzeczywistości, jeżeli wstaję ze średnim nastawieniem, nie wyśpię się i zapomnę wziąć czegoś ważnego z domu. Dam radę wykonać większość swoich obowiązków, ale będzie to średnie wykonanie i poza tym nie będę miał z tego kompletnie żadnej frajdy.

Poranek, aby reszta dnia była dobra, też musi być na przyzwoitym poziomie.

Potrzebuję rano zjeść porządne śniadanko, napisać do kogoś bliskiego, wypić coś ciepłego, sprawdzić, jak się ma fanpage, psychicznie nastawić się na działanie przez cały dzień. Ewentualnie chwilę poczytać albo popisać.

No i dobrze by było, gdyby temu wszystkiemu akompaniował…

Mówię bez bicia – jestem uzależniony od muzyki.

Dosłownie nie ma dnia, żebym przy pisaniu, czytaniu, nauce czy banalnym przemieszczaniu się z punktu A do punktu B nie miał w słuchawkach jakiegoś dobrego muzyka.

Rano Kortez albo Tom Rosenthal, popołudniu jakiś rap pokroju Kendricka czy Taco, a wieczorem zazwyczaj Radiohead na zmianę z Bon Iverem.

Nie wiem w sumie dlaczego, ale jakoś nie potrafię bez tego przeżyć.

A jeśli chcesz sprawdzić, czego słucham pisząc ten tekst, to zapraszam o tu: mój spotifaj.Przez bardzo długi czas miałem podejście w stylu: jeśli mam coś zrobić, to muszę też o tym pamiętać. Bo kto poważny zapisuje sobie rzeczy do zrobienia?

A no w sumie każdy, kto ma ich na tyle dużo, że potrzebowałby jakieś sprawnego systemu do ogarnięcia dnia.

I okej, są czasy w których jest to kompletnie zbędne. Ale przez większość roku po prostu nie potrafię się obejść bez odpowiedniej organizacji.

Co ciekawe, wielkim plusem tej strategii nie jest tylko sam fakt, że masz w konkretnym miejscu wszystkie zadania do wykonania.
Rzadko kiedy wspomina się, że spisanie ich wszystkich najzwyczajniej w świecie oczyszcza myśli.

Nie martwisz się, czy na kolosa nie zaśpisz, czy  zdążysz spotkać się z koleżanką, czy będziesz pamiętać o dentyście, czy zadzwonisz w sprawie naprawy, a przy tym wszystkim zrobisz zakupy i poczytasz wieczorem.

Wtedy ze stoickim spokojem możesz zająć się wszystkim, co wymaga Twojej niezmąconej żadną niepotrzebną myślą uwagi.Okej, masz mnie. Nie mogło jej tu zabraknąć.

Ale tak szczerze mówiąc i niszcząc ten długo tworzony obraz mojej osoby, muszę przyznać, że często daję radę bez kawy.

Tak, potrafię wstać, zrobić zamiast tego herbatę i tak wytrzymać cały dzień. Lepiej – są okresy, kiedy nie pijam tego cudownego naparu z włoskiego ekspresu przez parę dni. I żyję.

Ale od czasu do czasu, kiedy mam do zrobienia naprawdę dużo, lubię mieć swój ukochany kubek (który często pojawia się tutaj) kupiony dwa lata temu w jednym z praskich Starbucksów, w nim jakąś dobrą kawę a przed sobą masę roboty. Bo wtedy jakoś mi po prostu przyjemniej to wszystko idzie.

Poza tym, nie znam lepszego dnia, niż ten rozpoczęty od dobrej kawy.

Wstaję trochę z problemami, ale jest całkiem okej. Sprawdzam, co na dzisiaj mam do roboty, biorę kubek w dłoń i po prostu daję radę. Z nią jest jakoś łatwiej.Nie, żebym nie mógł mieć produktywnego dnia bez pójścia na siłownię albo pobiegania. Ale muszę przyznać, że to się w pewien sposób łączy.

Po prostu o wiele lepiej mi się pracuje i ogarnia wszelkiego rodzaju obowiązki, jeśli rano zrobiłem tych parę kilometrów albo kilka powtórzeń. Od razu jakoś klarowniej myślę, kreatywniej podchodzę do pewnych spraw, a chęć do działania pięknie szybuje w górę.

Dlatego po prostu lubię gdzieś między pisanie a naukę wcisnąć godzinkę na siłowni lub na dworze. Żeby organizm odetchnął, żeby mózg od myślenia odpoczął i aby zdrowie miało się dobrze.

A potem wrócić ze zdwojoną siłą.Niezbyt popularna strategia, ale z czasem zobaczysz, ile korzyści Ci przyniesie.

Wystarczy, że każdego dnia będziesz trochę pisał. Banał.
Wybierz sobie konkretną porę – rano, popołudnie, wieczór.

I każdego dnia zacznij coś zapisywać.

W poniedziałek mogą być to pomysły na zdobycie dodatkowych pieniędzy. We wtorek możesz skupić się na powodach, dla których uwielbiasz swoje życie. W środę, dajmy na to –

Przyznam się od razu, że nie robię tak często.
Z powodu obowiązków i różnych ważnych rzeczy, ten nawyk zazwyczaj spada na którąś z dalszych pozycji i po prostu wolę wcześniej pójść spać, zamiast wziąć notatnik, aby popisać.

Ale przyznam, że kiedy już to zrobię, to od razu jakoś łatwiej mi się myśli.Gdybym miał jakoś to określić, to przynajmniej 70% szczęścia w moim życiu to ludzie, jacy w nim są.

Rodzina, przyjaciele, dalsi znajomi, których uwielbiam, a gadamy zdecydowanie za rzadko.

Rozmowa, nawet na messengerze, to jedna z bardziej nakręcających mnie rzeczy, na jakie mogę poświęcić 10-15 minut dnia.
Co tam u kumpeli w Poznaniu, co u znajomego w Wawie. Jak się ma blog Natki i dlaczego ten mój przyjaciel nie może w końcu zaprosić tamtej dziewczyny na randkę.

Ludzie wokół mnie, przynajmniej Ci najbliżsi, cholernie mnie motywującKiedy pierwszy raz o tym przeczytałem, moja reakcja była mniej więcej taka:

No chyba żartujesz. Jak ustawienie czasu gdzieś obok na biurku ma mi pomóc w ogarnianiu spraw?

Ale dobrze, pomyślałem. Spróbuję, nie będę miał tego samego podejścia, co ludzie zamknięci na nowe sposoby myślenia, których tak nie cierpię.

Pewnego dnia zobaczyłem filmik Thomasa Franka, w którym o tej właśnie technice wspominał.

I tak mam zaraz działać, to zrobię eksperyment.
Wygooglowałem, zainstalowałem, ustawiłem. Poszedłem po nową kawę, siadłem i kliknąłem „start” pod licznikiem wyznaczającym 25:00, który od razu zaczął maleć.

Wziąłem głęboki wdech i zacząłem robić to, co zawsze.

Gdy w słuchawkach przez muzykę ze Spotify przebił się dźwięk dzwonka, zauważyłem coś cudnego. Tylko raz przez ten cały czas przerwałem sobie pracę, żeby odruchowo sprawdzić YouTube’a albo fejsa.

Zrobiłem jeszcze jedną rundkę. I następną, i następną.

A pod koniec dostrzegłem coś jeszcze piękniejszego.
Że uwinąłem się z robotą znacznie szybciej, niż na początku zakładałem.

Od tamtego czasu używam Pomodoro właściwie za każdym razem.

I przyznaję się do błędu – działa genialnie.No bo co? Pracuję i pracuję, i piszę, i rozpisuję, i przyswajam, a nic w tym momencie z tego nie mam.

Dlatego lubię też dać sobie tych kilkadziesiąt minut, żeby wrzucić swój bieg. Swój powolny, nie przejmujący się ciężkimi przeszkodami i zaległymi sprawami bieg, który pozwoli mi na chwilę uspokoić myśli oraz zacząć dostrzegać te wszystkie piękne rzeczy, które codziennie są obok.

Muzykę, którą podesłała mi >Maria<, dobrą książkę, którą ostatnio kupiłem, chociaż mam jeszcze pięć w kolejce. Piękny zachód, jaki rozciąga się nad osiedlem, które akurat mijam. Spotkanego na ulicy znajomego, z którymi mieliśmy się jakiś czas temu spotkać. Albo „The New Yorkera”, którego wczoraj znalazłem w skrzynce.

Produktywność, to nie tylko sprint.

Czasem to też trucht, który pozwala zebrać siły.A jak położę się już w ciepłym łóżku, kiedy w tle leci Bon Iver, a ja mam wrażenie, że ktoś przyczepił mi do powiek ciężarki, lubię jeszcze przez parę minut sobie pomyśleć.

O dzisiejszym dniu dokładniej.

Lubię dać sobie ocenę za wszystko, co dzisiaj zrobiłem.
Dobrze spojrzeć na wszystkie te godziny z perspektywy, wyciągnąć wnioski i zauważyć pewne schematy.

Tu siedziałem za długo na fejsie, tam niepotrzebnie zająłem się sprawą, która nie ma takiego znaczenia.

Zastanowić się, z jakiego powodu tak wyszło i dlaczego to nie pierwszy raz, kiedy popełniam ten cholerny błąd.

A na końcu podsumować wszystko dobrą energią tuż przed snem i pomyśleć nad paroma rozwiązaniami, które sprawią, że jutrzejszy dzień będzie o niebo lepszy od dzisiejszego.

Bo przecież to on się teraz najbardziej liczy. Prawda? 🙂