Spotykamy w życiu kupę ludzi. To trzeba przyznać.


W przedszkolu wyrywamy sobie zabawki, bo ktoś ma fajniejszą.
W szkole wyrywamy dziewczyny i chłopaów, bo nam na nich zależy.
W pracy wyrywamy pensję, bo jej cholernie potrzebujemy.

I przez ten cały czas, od narodzin aż do ostatniego dnia naszego życia, poznajemy coraz to nowe, kompletnie różne osoby. Jesteśmy z nimi w najbliższych relacjach, nie potrafimy przetrwać dwóch dni bez ich obecności i dbamy, aby wszystko dobrze szło.

Kłócimy się, walczymy, pokazujemy swoją wartość i chcemy udowodnić, że ktoś nie ma racji.
Uczymy się od nich, obserwujemy ich zachowania i wyciągamy wnioski, ciągle kolekcjonując doświadczenia ze świata.

Lubię mówić, że nikogo nie poznajemy bez powodu, ale to chyba temat na nieco inny tekst.

Mądrych poznajemy, z którymi chcemy tylko gadać i gadać; tych mniej mądrych, którzy doprowadzają nas do szału też.

Grubych, chudych, ładnych, brzydkich, silnych psychicznie i nie potrafiących wytrzymać jakiegokolwiek stresu. Empatycznych i tych z totalnym znieczuleniem.

Poznajemy tysiące jednostek, a tylko przy kilku nie udajemy.

Każdy small talk przecież taki jest.

Zanim ktokolwiek wypowie choćby jedno słowo, macie już na twarzach pewne maski. Dopiero wtedy czujecie się na tyle pewnie, żeby zacząć rozmowę.

Pogoda, sprawy bieżące, zdrowie. Rzeczy związane z pracą, uczelnią lub szkołą. Ceny, sytuacje ze świata, Wasze opinie na banalne tematy.

Pewne, mało kłótliwe, luźne tematy, o których każdy coś powie.

Wszystkie te rozmowy, czy w necie czy na żywo, opierają się na sekretnych zasadach, o których nikt otwarcie nie mówi.

Kiedy pytają, jak się mamy, stwierdzamy konkretnie, że jest okej i uśmiechamy się.

A przecież wiemy, że u nikogo z nas tak nie jest.

Wiemy, że każdy z nas ma jakieś cechy czy problemy, których nie chce pokazywać światu. Nie lubimy się przecież takimi sprawami dzielić. Nie?

W ostateczny rozrachunku, wszyscy przecież na coś cierpimy.

Boimy się o swoje zdrowie i zdrowie swoich bliskich. Wymyślamy tysiące scenariuszy, jeśli ostatnio podjęliśmy jakąś ważną decyzję (tak, ja też na to cierpię, luzik).

Czasem nie dotrzymujemy słowa. Włączamy serial, kiedy jest dużo do roboty. Śpimy do późna, kiedy przed siódmą powinniśmy być na nogach. Siedzimy na fejsie, zamiast skupić się na nauce.
Co jakiś czas wylewamy sobie kawę na biurko, upuszczamy telefon, płaczemy, krzyczymy na bliskich i ranimy innych.

Tylko zazwyczaj boimy się o tym powiedzieć, tak otwarcie.
Mówić o swoich wadach, i o tym, co brzydkie, brudne i wstydliwe.

Wolimy naciągnąć sobie mięśnie twarzy i trzymać je w takiej pozycji, aż wszyscy sobie pójdą. Choćbyśmy mieli trzymać tak przez kilka miesięcy. A potem cierpieć z bólu.

Wolimy wrzucić na Instagrama zdjęcie pokazujące naszą ciężką pracę, nowe buty i urocze zdjęcie z „przyjaciółmi”.

Bo budowanie wizerunku wydaje się nieco lepszą opcją niż dzielenie się brudami.

Pokazywanie siebie jako chodzącego ideału to jest to. To wychodzi nam bardzo dobrze.

Rozumiem jeszcze, kiedy staramy się ukryć pewne rzeczy przed ludźmi na co dzień. Nie wszyscy przecież marzą o wysłuchiwaniu naszych problemów, frustracji i powodów, dla jakich chcielibyśmy wyjechać na drugi koniec świata, z dala od całego tego natłoku.

Ale proszę, nie twórzmy utopijnych obrazów, które nosimy ze sobą podczas każdego kontaktu z drugim człowiekiem.

Nie tuszujmy wszystkiego, nie udawajmy, nie róbmy na siłę, bo tak jest ustalone.

Dobrze mi z myślą, że sam na to cierpię i mogę podejrzewać, że też Cię to czasem męczy.

Sam nie chcę już udawać.

Nie chcę mówić, że jestem mistrzem świata, kiedy wokół widzę tysiące lepszych ode mnie. Nie chcę wmawiać sobie, że mogę wszystko, kiedy rzeczywistość jest inna. Nie chcę więcej usłyszeć, że ktoś mnie traktuje jak idola albo mnie podziwia.

Bo sam potykam się pewnie trzy razy częściej, niż on.

Chcę pokazywać problemy i mówić, że są okej. Po prostu. Bo takie już jest życie.

Chcę mówić wprost jeśli kocham i robić to samo, jeśli nienawidzę. Jeżeli się zgadzam oraz kiedy mam inne zdanie. W momencie, kiedy całkowicie ogarniam życie oraz jak wszystko leci mi z rąk.

Płakać, kiedy chcę płakać. Śmiać się, kiedy jest z czego. Przytulać, kiedy jest potrzeba. Walczyć, kiedy jest o co.

Słuchać Bona, jeśli chcę pomyśleć i odetchnąć, a włączać Kendricka, kiedy potrzebuję energii.
Czytać o psychologii, jeżeli potrzebuję wiedzy, a sięgnąć po dobrą powieść, jeśli miałem ostatnio dużo stresu.
Przyjmować krytykę, jeżeli przychodzi od szczerych ludzi i pokornie dziękować za pochwały, jeśli takie też się znajdą.
Akceptować swoje wady, bo to nad nimi powinienem pracować oraz rozwijać zalety, bo dzięki nim mogę zrobić coś dobrego.

Nie chcę więcej udawać. Nie chcę sam siebie oszukiwać.

Chcę widzieć prawdę i przyjmować ją bez względu na to, jaka jest.

Jeśli jest słodka, jak brownie z mojej ulubionej kawiarnii, podczas gdy za oknem prószy śnieg – przyjmę ją z otwartymi ramionami.

Jeżeli jest gorzkim lekarstwem, które trudno będzie mi przełknąć – nawet lepiej.

Nie bez powodu przecież nazywa się ono lekarstwem, prawda?