Wiem, że ostatnio masz bardzo, bardzo dużo na głowie.


I mam ochotę przybić Ci piątkę, bo sam mam z tym wielki problem.

Muszę ogarniać całe życie, kiedy mam najwięcej wyzwań i kiedy przychodzi największa fala lenistwa oraz chęci rzucenia wszystkiego w kąt.

A wiadomo, że ani Ty, ani ja nie możemy tego zrobić.

Tak to już bywa, że próbujesz za wszelką cenę pogodzić wszystkie elementy, jakie się życiu zebrały i ulepić z tego coś ładnego. Nawet, jeśli wymaga to ogromnych poświęceń.
A każdy z nas ma przecież umowny pasek energii, który z każdym kolejnym wyzwaniem konsekwentnie zbliża się do zera.

Godzisz razem pracę, naukę, hobby. Związek, rodzinę, przyjaźnie. Relacje z ludźmi i sprawy jakie masz do załatwienia. Naprawdę dużo.

A to dopiero połowa obrazu.

Druga połowa to ogarnianie problemów, które pojawiają się znikąd, dbanie o swoje zdrowie oraz odpowiednia ilość snu.
Oprócz czystej pracy i rozrywki musisz przygotować sobie ubrania, gotować, zapisywać zadania, pamiętać o sprawach do załatwienia. Zabierać potrzebne rzeczy z domu, pisać do znajomych, dzwonić do rodziny, płacić zaległości.

Musisz wstrzymać swoje emocje, kiedy ktoś ewidentnie próbuje Cię sprowokować. Myśleć klarownie, jeżeli musisz rozwiązać jakiś dylemat. Zachowywać się odpowiednio, kiedy są wokół inni ludzie.

I starać się nie zwariować.

Każda ta mała czy większa rzecz w jakiś sposób wwyczerpuje nasz metaforyczny pasek.
Jedna zabierze pół procenta, druga pięć, trzecia dziesięć.
Inna dwadzieścia w jednej chwili.

A jeśli nie zadbasz o niego i tak po prostu zapomnisz, że ta energia nie jest nieskończona, to będzie naprawdę źle.
W najlepszym wypadku skończysz w domowym areszcie z zestawem leków i chusteczek. W najgorszym – szkoda nawet gadać.

Nie dość, że mam ten sam problem, to też czasem myślę, że takie życie jest bez sensu. Że powinniśmy czerpać jakąś radość z codzienności i traktować ją jak zabawę, a nie ciągłą walkę o coś nowego.

Ale czasem tak po prostu jest. I jeśli się już wybrało taką drogę, to uważam, że powinno się nią podążać.

I wiesz co mi w tym wszystkim najbardziej pomaga?
W tej walce z niewidzialnymi przeciwnikami i łączeniem pracy z odpoczynkiem, kiedy nawet na podstawowy sen nie starcza czasu?

Oddech.

Nie jakieś motywacyjne filmiki; nie wykłady, w których więcej znajdziesz ego mówcy, niż wartości; tym bardziej nie wspiera mnie narzekanie.

Najbardziej pomaga mi to, czym już dysponuję.
I czego nie muszę wcale tak daleko szukać. Czyli oddech i próba zachowania spokoju, nawet, jeśli wszystko się wali.

Bo co mi to da, że będę siedział i użalał się nad swoim losem? Popsuję sobie tylko humor.

Albo brnę w to, co już zacząłem i staram się to ogarnąć najlepiej, jak mogę.
Albo rzucam to w cholerę i mam spokój.

Kiedy czujesz, że wszystko wokół napiera z niewyobrażalną siła, zawsze daj sobie parę minut na oddech.

To nic wielkiego.

Coś dobrego do picia, kawałek czekolady, rozpisanie ważnych problemów na kartce i pogadanie z kimś bliskim. Puszczenie w tle Bon Ivera, przygaszenie świateł albo wyjście na dwór. Zrobienie czegoś, co da Ci chwilę szczęścia i zapomnienia o wszelkich problemach.

I zwykły, będący z Tobą o każdej porze dnia oddech.

Bo to on pozwoli Ci skutecznie odciąć się od każdej rzeczy, która na Ciebie napiera. Zobaczyć, czy oby na pewno jest taka straszna i zdobyć chwilę na znalezienie właściwego rozwiązania.

Po prostu oddychaj. To najlepsze, co możesz zrobić.