Okej, to już się robi trochę dziwne.


Naprawdę nie sądziłem, że rok może zlecieć tak szybko.

Mam wielką nadzieję, że i u Was wydarzyło się w nim ogrom świetnych rzeczy oraz zdobyliście te szczyty, które zdobyć mieliście.
Bo to, jakby nie patrzeć, jest wyznacznikiem, czy możemy uznać go z a udany.

Ale przyznam, że oprócz doceniania swoich dokonań, jestem wielkim zwolennikiem patrzenia do przodu.
Zdecydowanie wolę powiedzieć o tym, co mam zamiar ogarnąć w ciągu najbliższych miesięcy niż mówić o tym, co mi się ostatnio udało.

Albo co gorsza słuchać na ten temat komplementów, brr.

Dlatego wykorzystajmy to podejście i pokażmy w 2018, kto tutaj rządzi.

Bo mam takie ciche wrażenie, że jeżeli to czytasz, to jesteś takim scenariuszem zainteresowany, prawda?

No, więc wspólnymi siłami postaramy się to ogarnąć.

Większość z nas ostatecznie ustali sobie jakieś projekty i cele na ten nowy rok.

Niektórzy po prostu przemyślą w jakiej roli chcieliby się widzieć pod koniec 2018.
Inni, lubiący rozpisywanie wszystkiego na papierze, pewnie wszystkie plany ujmą w kilku myślnikach, zdaniach i liczbach.

Jakkolwiek nie zrobimy, najważniejsze jest, żeby to wszystkiego podejść z chłodną głową.

I oprócz możliwości, okazji, potencjału i wygórowanych oczekiwań pamiętać również o problemach, czasie, ograniczeniach i możliwych wypadkach.

Bo zazwyczaj w tym jest problem, że nie potrafimy racjonalnie podejść do tego, co sobie stawiamy za cel i zamiast przyjąć najgorszy z możliwych scenariuszy, aby się przed nim ustrzec, my wybieramy tę utopijną wersję wydarzeń, która i tak pewnie nie będzie miała miejsca.

Wolimy się podjarać i wyobrazić sobie, jakimi to mistrzami świata będziemy, jeśli to wszystko się uda.

Dlatego właśnie w styczniu siłownie pękają w szwach, a od lutego znów utrzymują ją jej stali bywalcy.

Dlatego miałem zamiar w tym roku przebiec maraton. Ale ostatecznie pojawiło się tyle ważniejszych rzeczy, że na to po prostu nie starczyło już czasu.

Podejdźmy do wszystkiego na podstawie nauczek z przeszłości i racjonalnej wizji świata.

Przepatrzmy wszelkie możliwe scenariusze oraz momenty, w których coś może pójść nie tak.

Zastanówmy się, z czym będzie największy problem, a o co właściwie nie musimy się martwić.

No i czy na pewno damy radę dorzucić to do naszej codzienności, która i tak jest już obłożona obowiązkami.

Dopiero wtedy zacznijmy rozmawiać o tym, czy cokolwiek się uda.A jak się już przestaniemy podniecać, fajnie jest jeszcze wiedzieć, co „nauczę się francuskiego” lub „zacznę chodzić na siłownię” właściwie znaczy.

Bo może znaczyć robienie tego codziennie przez dwie godziny, a może znaczyć też raz w miesiącu.
Samemu albo z kimś. Płacąc komuś lub w domu. Czytając na ten temat blogi lub słuchając podcastów.

Chodzi mniej więcej o to, aby wokół swoich zamiarów wybudować pewien system zasad, których powinniśmy przestrzegać, aby wszystko szło zgodnie z planem. I żebyśmy jasno wiedzieli, z czym ten cały projekt się wiąże.

Załóżmy, że chcesz większość dni nadchodzącego roku spędzić najproduktywniej, jak to tylko możliwe.

No więc ustalasz konkretne zasady, których powinieneś się pilnować, żeby tak się stało.
Wstajesz maksymalnie o siódmej. Korzystasz z fejsa, insta i innych dobroci internetu tylko przez pół godziny dwa razy dziennie. Pijesz wystarczającą ilość wody, aby być nawodnionym. Ograniczasz kilka kaw do maksymalnie jednej z rana. Codziennie wieczorem zastanawiasz się, jak poszedł Ci dzisiejszy dzień oraz zapisujesz zadania na kolejny.

Albo powiedzmy, że chcesz schudnąć.

Zasady są proste: jesz o wyznaczonych godzinach, nie jesz zbyt dużo cukru, trzymasz się diety, uprawiasz sport i obserwujesz efekty.

Zacząć oszczędzać.

Określasz, na co możesz wydawać pieniądze, ile miesięcznie **musisz** od samego początku odłożyć, nie ruszasz oszczędności, które są już na koncie i rozpisujesz swoje wydatki.

I w ten sposób wyznaczając zasady do każdego swojego noworocznego planu.Zazwyczaj większość z nas popełnia jeden i ten sam błąd, jeśli chodzi o te słynne, noworoczne postanowienia.

Są takie, powiedzmy, trzy fazy.

Najpierw porządnie się ekscytujemy i chcemy przenosić góry.
Potem, kiedy nam nie wychodzi, jesteśmy cholernie zawiedzeni, że nie jest tak łatwo, jak wydawało nam się pod wpływem emocji na początku roku.
A jako wisienka na torcie występuje totalne porzucenie wszystkich planów albo powszechne odłożenie „na kiedyś tam”.

I właśnie w tym ostatnim jest największy problem.

Bo przecież nikt nie mówił, że od razu się uda.
Nikt też raczej nie powiedział, że jedno potknięcie oznacza koniec starań.

Kreśląc sobie noworoczne plany, mamy w zwyczaju myśleć tylko zerojedynkowo. Zakładamy, że od razu nam się uda, a jeśli tak się (jakimś cudem) nie stanie, to cały projekt nie ma już kompletnie sensu.

Dlatego pamiętaj, że oprócz tych wszystkich celów, zasad do przestrzegania i nawyków do wcielenia, trzeba pamiętać o tym, co zrobimy, jak wszystko pójdzie niezgodnie z planem.

Jak będzie brakować czasu, znajdzie się milion innych ważnych spraw do ogarnięcia i kilka wielkich przeszkód stojących na drodze.

Bo znając życie tak będzie. A my powinniśmy być na to gotowi.Pamiętasz, jak rodzice mieli w zwyczaju nagradzać Cię za sukcesy i karać za błędy, kiedy byłeś mały?

No to teraz dobrze by było do tych czasów powrócić.
Ponieważ to, co robili Twoi rodzice dzisiaj może się nam naprawdę przydać.

Śmiechem żartem, ale ta strategia jest jedną z najbardziej podstawowych, jakie możemy wykorzystać, jeśli o postanowieniach mowa.

Nasz mózg od zawsze był nauczony, żeby za właściwe zachowania otrzymywać nagrody, a za złe mierzyć się z bolesną karą. Czy chodzi o prawo, czy o religię czy choćby o podejmowanie podstawowych, codziennych decyzji.

Widzisz przecież, jak dziecko dostaje lizaka za bycie dzielnym pacjentem, pracownik otrzymuje podwyżkę za wywiązywanie się z obowiązków, a uczeń stypendium za wysokie wyniki w nauce.

Teraz pora, abyś wykorzystał te obserwacje do swoich planów.

Dobra, jeśli wiemy, że mózg lubi otrzymywać przyjemne rzeczy, teraz tylko trzeba wybrać zachowania i przydzielić im określone nagrody.

Twoim celem na nowy rok może być przygotowanie się do półmaratonu w formie, załóżmy, trzech biegów w tygodniu. Musisz trzy razy wyjść i pokonać określoną liczbę kilometrów, żeby móc powiedzieć, że się udało.

Jeżeli to zrobisz, z dumą możesz podarować sobie nagrodą.

Co może nią być – zapytasz. Właściwie cokolwiek, co sprawia Ci przyjemność i czego nie masz na co dzień.

Od słodyczy i wypadu ze znajomymi na kawę, przez nową książkę, ubrania czy gadżety, aż na filmach czy wieczorze z Netflixem kończąc.

Udało Ci się? Świetnie, pora na nagrodę.Wiesz, co dzieje się, kiedy chcesz jechać autem, gadać przez telefon i załóżmy, pić kawę?

Albo uczyć się, pisać ze znajomymi, słuchać muzyki i szukać czegoś w necie?

Albo rozwiązywać jakiś problem i poświęcać uwagę przyjacielowi?

W każdym z tych przypadków efekt końcowy będzie beznadziejny.

Jak bardzo byś się nie skupił, i tak, dzieląc swoją uwagę na mniejsze części nie osiągniesz tak wiele, jak zrobiłbyś to poświęcając jej całość tylko jednej rzeczy.

Przykład dosyć banalny, ale popatrz teraz, jak to wygląda w życiu.

W życiu jest tak samo, tylko z nieco większymi rzeczami. Imając się za dużej liczby spraw, po prostu nie da się poświęcić każdej z nich wystarczająco czasu.
Każda potrzebuje go sporo, a jeśli Ty swoją ograniczoną ilość musisz jeszcze dzielić, no to tworzy się problem.

I w konsekwencji żadna ze spraw nie dostaje tyle, ile powinna.

Pewnie, możesz próbować, jak ja na przykład, ogarniać bloga, szkołę, siłownię, dietę, znajomych i plany na przyszłość.
Ale – wiem z autopsji – zazwyczaj kończy się to słabym wynikiem.

Wystarczy, że masz dwa dodatkowe projekty, które samemu sobie narzucasz i na tym już jesteś w stanie rozłożyć sobie swój dostępny czas, aby i jeden i drugi dostał go tyle, ile powinien.

Bo co to za satysfakcja, że złapiesz się pięciu długotrwałych zadań, jeśli każde z nich nie jest doprowadzone do końca tak, jak należy. Lepiej wybrać dwa z nich, ogarnąć na piątkę z plusem i potem dopiero chwytać następne.

Dlatego, jeśli chcesz w tym roku osiągnąć więcej niż w poprzednim i naprawdę Ci na tym zależy, to złap byka za rogi.

Ale tylko jednego.Teraz najważniejsze.

Jeśli cokolwiek Ci nie wyjdzie, to pamiętaj, że większość dużych projektów wymaga paru miesięcy, a te olbrzymie nawet lat pracy i uwagi.

To nie jest tak, że zaczniesz biegać i od początku będziesz w stanie zrobić dyszkę. Choć byłoby super.

Sam pamiętam, jak na początku trzy kilometry były sukcesem na miarę jakiegoś maratończyka.

To samo z dietą, uczeniem się obcego języka, kursem tańca, nowym instrumentem, programem graficznym, blogiem, powieścią, maturą, sesją czy fotografią.

We wszystkich tego typu projektach zaczynasz jako początkujący.
Z każdym miesiącem okazuje się, że zaczynasz wchodzić w temat nieco głębiej.

A na końcu okazuje się, że wiesz o nim na tyle dużo, żeby uczyć innych.

I tak jest – w sumie – ze wszystkim.

Ale najważniejsze, to potrafić przebić się przez tą pierwszą, najbardziej bolesną warstwę.
Potem, to już z górki.