Kiedy dopiero zaczynałem swoją blogową „karierę”, popełniłem chyba jeden z najgorszych błędów, na jaki początkujący twórca może w ogóle się napatoczyć.


Ogólnie, takich potknięć jest cała masa.
Szczególnie, że na samym początku dane zajęcie wydaje Ci się po prostu ciekawe. Jara Cię to, jak nic innego, dlatego postanawiasz spróbować swoich sił i poświęcić mu nieco więcej uwagi.

Dlatego, trzymając się dalej tematu tworzenia w internecie, cofnijmy się w czasie o półtora roku. Gdzie cała moja przygoda dopiero się zaczęła.

***

Od zawsze ubóstwiałem dwie rzeczy.

Tworzenie swoich pomysłów od A do Z tak, aby były jak najbliższe moim prywatnym ideałom oraz pomaganie innym, żeby jak największej liczbie ludzi na świecie było po prostu trochę lepiej.

A kiedy jestem w stanie połączyć oba koncepty w jedną całość, to właściwie nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba.

Dlatego robiłem to, kiedy tylko mogłem. W wolontariatach, różnych projektach i przygotowywaniu planów do ogarnięcia za jakiś czas. Oprócz tego, znajomi, którzy dobrze wiedzieli, że jaram się psychologią i mniej więcej wiem, jak podchodzić do trudnych spraw, często pisali do mnie z prośbami.

„Nie mogę znaleźć pasji”. „On mnie zranił”. „Nie widzę sensu w życiu”.

Za każdym razem starałem się zrobić, co mogę, ale powtarzałem też przy tym, że nie jestem coachem, psychologiem ani terapeutą, dlatego te rady to moje czyste przemyślenia, ciągłe nabywanie wiedzy od wielkich umysłów tego świata i to, co z tego połączenia wyjdzie. A oni i tak chcieli wiedzieć, co by Mikołaj w ich sytuacji zrobił (co oczywiście zawsze było wyjątkowo budujące).

Ku mojemu totalnemu zaskoczeniu, pytania, strategie, sposoby i ciepłe słowa, które im podpowiadałem zazwyczaj przynosiły oczekiwany efekt, a oni sami byli mi cholernie wdzięczni.

Aż kiedyś, w gorący, czerwcowy dzień przyjaciółka, z którą poznaliśmy się przez pewnego blogera napisała mi:

Mikołaj, a gdybyś Ty tak bloga założył?

Lol, co? Ja? Że ja mam założyć swoją stronę i wrzucać na nią teksty? Kim ja niby jestem, żeby ktoś to chciał czytać?
Skąd w ogóle będę brał pomysły na posty? Niby znalazłbym kilka tematów, o których mogę co nieco powiedzieć, ale więcej niż kilkanaście to to raczej nie będzie.

Po piętnastu minutach ciągłego przekonywania mnie przez upartą Olgę, pomyślałem – jeżeli tyle osób prosi mnie o pomoc, to może faktycznie coś w tym jest? Może faktycznie widzą coś, czego ja nie.

Zacząłem więc wypisywać pomysły na teksty. Pod koniec dnia w notatkach znalazło się ponad sto pozycji.
Zacząłem myśleć nad wyglądem, tematami i fanpagem. I pod koniec miesiąca wszystko było ogarnięte.

Przy tym wszystkim, dostałem mocne słowa wsparcia (za które do dziś jestem mega wdzięczny <3) od Natalii, Oli oraz Andrzejaktórzy już sporo o tym rynku wiedzieli. Więc lepszego startu chyba wymarzyć sobie nie mogłem.
Ciągle starałem się dodać coś nowego, ciągle coś ulepszać, aby tylko nie stać w miejscu. Pierwszy tekst wrzuciłem 5 czerwca, 2016 roku. A we wrześniu, aby wszystko miało ręce i nogi, zmieniłem motyw całej strony na bardziej sensowny, upiększając też nieco Facebooka.

Działałem tak przez parę miesięcy.

Raz był lepszy odzew, raz gorszy, jak to w świecie twórców bywa. Ale co by nie było – z miesiąca na miesiąc czytelników było coraz więcej. Niczym poważny biznesmen śledziłem kolorowe wykresy i obserwowałem, co się na tym moim blogu dzieje.
I w czym mógłbym go jeszcze trochę ulepszyć.

Pisałem około trzech tekstów tygodniowo, wrzucałem sporo rzeczy na fanpage, konsekwentnie dbałem o ładny wygląd Instagrama. Czytałem sporo książek i blogów o marketingu oraz tworzeniu własnych rzeczy, słuchałem podcastów, oglądałem filmiki.

Generalnie – robiłem, co mogłem.
A przynajmniej takie miałem wrażenie.

Czułem się mniej więcej tak profesjonalnie, jak barista na tym zdjęciu.

Skupmy się teraz przez chwilę na Twoim życiu. Dobrze przecież wiesz, jak to w nim jest.

Próbujesz ogarnąć jakiś niesamowicie ważny projekt. Znaczy on dla Ciebie prawdopodobnie więcej niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Chcesz zrobić go na tip-top, aby popchnąć swoje życie do przodu i pokazać innym, jak bardzo się wobec Ciebie mylili.

Więc najpierw rozrysowujesz w myślach szkic działania.

Po jakimś czasie masz już konkretny plan. Zestaw działań, które powinieneś podjąć, aby ogarnąć to wszystko najlepiej, jak się da. Posiadasz konkretny obraz tego, jak zaczniesz, jak przejdziesz przez kolejne etapy i jak staniesz na podium przyjmując swój medal.
Jakąkolwiek formę on przybierze.

Bierzesz się za to. Próbujesz.

Załóżmy, że chcesz nauczyć się języka. Każdy miał przynajmniej raz w życiu taki pomysł. Na przykład hiszpańskiego.
Masz już kupione fiszki z praktycznymi słówkami i miłymi zwrotami, które wywołają natychmiastowy uśmiech na twarzy każdego Hiszpana, kiedy wypowiesz je z polskim akcentem. Pod ręką jest również cała podstawa gramatyki w internecie, jak i w podręczniku leżącym na blacie biurka.

Ależ Cię energia rozpiera. Ależ chcesz się uczyć, mówić, rozwijać. Chwalić się znajomym, rzucając na imprezie monologi, których nikt wokół nie potrafi zrozumieć.

Masz niemal tak dużo zapału jak poprzednim razem, kiedy uczyłeś się grać na gitarze. Ale super było, nie?
Nawet, jeśli przestałeś po miesiącu, a teraz żałujesz.

A potem, właściwie jak zawsze, zastanawiasz się co poszło nie tak. Co mogłeś zrobić lepiej i dlaczego, pomimo włożonego wysiłku i czasu, nie masz tego, na co zasłużyłeś. A przynajmniej uważasz, że zasłużyłeś.

I to był właśnie ten mój cholerny błąd, który przysporzył mi ogrom problemów.

Wykreowałem sobie wizję, do której chciałem dążyć. Czyli zrobiłem to, o czym mówi większość motywatorów i ludzi, którzy tak charyzmatycznie uczą, jak powinno się spełniać swoje marzenia. Nie skupiałem się już na obserwowaniu konkurencji, budowaniu marki, szukaniu haczyków. Nie przykładałem się już aż tak do jakości, oryginalności, kreowaniu jakiejś opinii czy wizji, która się komuś przyda.

Bo ROBIŁEM i uważałem, że to wystarczy, żeby dosięgnąć tych stworzonych przeze mnie samego oczekiwań.

Uważałem, że skoro jest końcówka 2016, to osiągnięcie progu kilku tysięcy czytelników pod koniec 2017 będzie bułką z masłem.
Nie było.

Myślałem, że wystarczy pisać, uczyć się i powtarzać, a reszta wyjdzie sama.
Nie wyszła.

Miałem nadzieję, że jakoś to będzie i z czasem ludzie sami przyjdą.
A ich w pewnym momencie zaczęło ubywać.

Moim argumentem w dyskusji z życiem był sam fakt, że działam. Że poświęcam się, że piszę i że naprawdę lubię to robić.
Miałem pewność, że to wystarczająco silna broń, aby wygrać.
A życie wtedy na mnie popatrzyło, zaśmiało się w twarz i uznało, że wcale mi się to nie należy.

A oczekiwania brzmią jak jakiś żart, a nie argument.

Nikt przecież nigdy nie jest nam nic winny, tylko dlatego, że opieramy się na wykreowanych w swoich myślach przewidywaniach. Nie możemy bezpodstawnie oczekiwać, że ktoś zrozumie o co nam chodzi ani że słaby wkład da nam jakiś efekt.
Dobre ciało zdobywa się po przynajmniej kilku dobrych miesiącach siedzenia na siłowni, pełnych dniach gotowania i odpowiedniej suplementacji. Dobrze prosperującego bloga budujesz samemu. Wymyślasz. Piszesz. Tworzysz. Wysyłasz do ludzi. Uczysz się interesowania swoją twórczością i zbierania takiej liczby odbiorców, aby Twoja praca „sama” podawała się dalej.

I tak z każdą rzeczą, na którą trzeba dużo czasu. Nic w życiu nigdy nie będzie podane na tacy.
Częściej dostaniesz w ten sposób jakiś cholerny problem, z którym nie będziesz umiał sobie poradzić, niż sukces, którego oczekujesz.

Dlatego teraz nie mam już właściwie żadnych oczekiwań.

Nie oczekuję żadnej liczby czytelników czy konkretnych osiągnięć, spotkań. Ilości pieniędzy, udanych prób ani braku przeszkód na drodze. Nie mam nadziei na to, że coś mi się uda do jakiejś daty, że przebiegnę maraton, ani że wyjadę do Stanów czy że rozkręcę kanał na YouTubie.

Bo to zawsze dawało mi tylko fałszywe spojrzenie na rzeczywistość.

Opierałem się na pozytywnych opiniach ludzi, przekonaniu o własnym talencie i wierze, że w końcu, jakimś cudem trafię w cel. A tak myśli o sobie jakieś 95% świata. Zamiast tego wolę widzieć zmiany, okazje i konkretne działania, które coś wniosą.

O wiele lepiej jest skupić się na robieniu.

Robienie to konkretny, dający coś nawyk.
A oczekiwania to tylko nic nie wnoszący worek emocji, o które będziesz się ciągle potykał.

Dobrze jest w końcu dać sobie z nimi spokój.