Ostatnimi czasy moje często chwalony przez znajomych zachowywanie spokoju w każdej sytuacji zostało poddane wielu próbom.


Wiele sytuacji waliło się na łeb na szyję, a ja nie do końca wiedziałem co robić. Nigdy nie miałem z taką nawałnicą właściwie do czynienia. Było mega trudno.

I choć znaczna część rzeczy już mniej więcej się wyprostowała, reszta nadal pozostaje pod znakiem zapytania. Problem nawet nie jest w motywacji do ogarniania ich czy możliwościach. Największy problem jest w tym, że raz bez problemu mogę zachować spokój, a innym razem mam wrażenie, jakby moja kora przedczołowa odpowiedzialna za panowania nad emocjami została gdzieś na półce w domu.

Nieważne, z jakim problemem mam do czynienia. Dużym, małym, z ludźmi czy bez nich. Skomplikowanym i wymagającym myślenia czy banałem, który mogę naprawić w cztery minuty.

Zauważyłem, że do każdego z nich po prostu muszę podchodzić spokojnie.

I albo podchodzę w ten sposób i ogarniam.
Albo daje się ponieść emocjom, pozwalam im wejść pomiędzy sytuację a racjonalne podejmowanie decyzji, ostatecznie dostając fatalne skutki.

Części osób wydaje się, że jestem jakimś buddyjskim mnichem, któremu znudziło się życie w Tybecie, dlatego zapuścił włosy, zaczął się ubierać jak normalny gość i założył bloga. A tak naprawdę wystarczy, że w ciągu dnia trafię na jakąś małą przeszkodę, która w jakiś sposób wyprowadzi mnie z równowagi. Bo chwilę wcześniej wkurzyło mnie coś innego i się skumulowało. Albo po prostu się nie wyspałem i ostatnio nie daję rady wszystkiego ogarnąć. Wystarczy, że kawa się źle spieni. Ktoś rzuci we mnie niemiłym komentarzem. Coś nie wyjdzie. Coś spadnie. Coś się stłucze. Zgubię jakąś rzecz. Nie będę mógł znaleźć drugiej skarpetki albo ktoś totalnie nie doceni mojej pracy.
I zła energia gotowa. I cały dzień jest już o wiele trudniejszy, bo zamiast ogarniać wszystko na spokojnie, ja nadal mam ten zły humor gdzieś z tyłu głowy.

Bawią mnie ludzie, którzy do swoich celów podchodzą niczym gladiatorzy przed walką na arenie. Niczym piłkarz przed jednym z najważniejszych meczów. Husain Bolt, który zaraz ma pobić rekord świata. Bokser przed starciem o pas wagi ciężkiej.
Swoją listę ambitnych planów traktują, jak zbawienie, jak najdroższą rzecz, jaką w życiu mają.
I myślą, że to poleganie i stawianie wszystkiego na emocje cokolwiek im da.

Czytali przecież u Robbinsa i Grzesiaka, że jak się nakręcą, będą wizualizować sobie swoje cele, wypisywać je na kartce i obklejać pokój w zdjęciach obrazujących ich marzenia, to będą mielić do nich trochę bliżej.

Bliżej, to oni mogą być zwariowania i totalnej życiowej frustracji. A nie osiągnięcia choćby najmniejszej rzeczy z tej listy.

Teraz może mówię o tym w ten sposób, a parę lat temu sam tak robiłem. I wolałem teraz skupić się na planowaniu i małych, właściwie nic nie dających sprawach, a prawdziwą pracę nad projektami zostawić na „za 3 lata”.
Ale kiedy faktycznie zacząłem działać, i zamiast na myśleniu skupiłem się na robieniu, zauważyłem coś mega ciekawego.

Że tak naprawdę, to to podjaranie się kompletnie nic nie daje.

Pewnie, kiedy oczy same się zamykają a jest ósma wieczorem i trzeba jeszcze zrobić cztery duże rzeczy, napisać wypracowanie na jutro, pouczyć się z systemów partyjnych, przygotować prezentację i jedzenie na jutro, wtedy ta taktyka może zadziałać. Wtedy to faktycznie daje nam paliwo do roboty.
Ja zazwyczaj pakuję potrzebne rzeczy do plecaka i idę na siłkę. Bo wiem, że jak wrócę, to i będę miał więcej energii i będę bardziej zmotywowany do ogarniania, choć sam jestem na granicy wytrzymałości.

Ale poza tym przykładem, spokojne, racjonalne podejście działa o niebo lepiej. Wszyscy przecież czasem się wkurzamy. I ja absolutnie nie mam zamiaru udawać tu jakiegoś mistrza zen, któremu się to nie zdarza.

Dajemy się ponieś emocjom, bo chcemy, żeby coś było inaczej.

Kubek się zbił, a my go lubiliśmy. Autobus się spóźnił, więc nie będziemy na spotkaniu na czas. Nie mamy na coś pieniędzy i będziemy musieli przeboleć jeszcze parę miesięcy oszczędzania. Ktoś zachowuje się wobec nas nieodpowiednio, a my wcale sobie na to nie zasłużyliśmy.

Żadna z tych myśli nie jest dla Ciebie dobra i żadna z nich nie zmieni tego, co już się stało. Nie biegnij dalej, jeśli Twoje emocje Cię do tego zachęcają.

Przystań w miejscu i nie spiesz się.

Zamknij na chwilę oczy, pooddychaj i rozluźnij mięśnie. Bo to właśnie w oddechu i mięśniach znajduje się najwięcej złości.
Zauważ co się dzieje z rytmem serca, kiedy się irytujesz i jak boli Cię ciało, jeśli ostatnio doświadczyłeś dużo stresu.

Zobacz, dlaczego właściwie się denerwujesz oraz pomyśl, z czego to może wynikać.

Czy powstało to z Twojej zazdrości, chęci pokazania swoich umiejętności czy braku wyjścia z sytuacji.
A może po prostu się czegoś boisz? To normalne. Zależy Ci na niej i martwisz się, że ją stracisz. Masz obawy, czy Twoja praca faktycznie da oczekiwany efekt. Ostatnio bardzo dużo z siebie dajesz i tracisz wiarę, czy cokolwiek ma jeszcze sens.

Pomimo problemu, postaraj się nie skupiać na tym co się wydarzyło, a spróbuj znaleźć samą przyczynę. Korzeń, który powie Ci, dlaczego gniew tym razem wziął górę. Znajdź go i popatrz na niego, jakbyś wiedział o nim od zawsze.

Na końcu pozwól wszystkim tym złym emocjom odejść.

A Ty kontynuuj swój spacer przez życie.
Spokojnym krokiem, bez względu na to, co staje Ci na drodze.