Siedziałem nad tym od dobrych paru godzin.


Próbowałem skończyć. Miałem już dosyć.

Robiłem wszystko jak należy, starałem się, walczyłem już od dawna, a wszystko poprzedzone było odpowiednim przygotowaniem. Więc cały proces powinien pójść jak z płatka. Tak, jak zazwyczaj.

A tak się wcale nie działo.

Chodziło o nowy tekst, który miałem wrzucić nazajutrz.
Miałem już go kawałek napisanego parę dni wcześniej, ale nadal potrzebował dopisania kilkuset słów, rozwinięcia paru konkretnych myśli, dorzucenia zdjęć, wybrania opisu i wrzucenia tego wszystkiego na fejsa. Zbliżał się już wieczór. A ja miałem jeszcze kilka rzeczy do zrobienia.

Problem był w tym, że nie potrafiłem połączyć paru spraw, które sam sobie zadałem.

Oprócz codziennych, oczywistych obowiązków, dodałem sobie kilka związanych z moimi marzeniami. I konsekwentnie o nie dbałem. Dopóki nie przyszedł gorszy moment.

Kiedy nie potrafiłem połączyć swoich dodatkowych rzeczy z tymi niezbędnymi. Nikt nie kazał mi ich robić. Sam chciałem. Nikt mnie z nich nie rozliczał. Sam to robiłem. Nikogo nie obchodził ostateczny wynik. To mi na nim zależało.

Jakiś gość kiedyś mi powiedział:
Jeżeli będziesz robić to, co kochasz i będziesz codziennie ciężko pracował – zawsze będziesz szczęśliwy.

Więc, próbując słuchać bardziej doświadczonych życiowo ode mnie, zacząłem to robić.

Pasje znalazłem. Wiedziałem, że lubię pisać i że lubię dzielić się dobrem z innymi. Kocham tworzyć własne rzeczy, jara mnie psychologia i bardzo ciekawi biznes. Stąd, zacząłem się tego uczyć i coś z tym w życiu robić.

Było parę projektów, a najważniejszym z nich stał się blog, za którego wziąłem się jak za nic innego w życiu z nadzieją, że pozwoli mi on podzielić się czymś wartościowym ze światem i osiągnąć spełnienie z tego, że w ogóle to robię.

Oczywiście, nie ma co się oszukiwać. Życie same w sobie jest trudne.

Co chwilę pojawia się jakaś nowa przeszkoda, jakaś trudność, problem. Coś, z czym nie potrafimy sobie poradzić.
Wtedy zazwyczaj próbujemy z tym walczyć, a jeśli słabo nam to wychodzi, mamy tendencję do użalania się. Płaczu. Tupania. Krzyku. Zrzucania winy na innych.

Bo tak jest prościej. Bo tak możemy wyładować emocje. I ja to bardzo dobrze rozumiem.

Życie po prostu czasem bywa cholernie skomplikowane. Szczególnie, jeśli stawia przed nami jakiś trudny wybór.

Wybór drogi rozwoju, studiów, partnera, kraju, do którego chcesz się przeprowadzić lub sposobu rozwiązania jakiegoś problemu.

Spróbuj wtedy kogoś przekonać, że życie jest proste.

Ale tak na serio, poza tym, nie jest ono takie złe. I to my tak naprawdę komplikujemy sobie całą sprawę.

Jak?

 

Zazwyczaj to z tego powstaje największy problem.

Wszystko jest okej, dopóki patrzymy pod nogi. Dopóki rozglądamy się na boki, żeby podziwiać świat. Łapiemy stojącą obok nas osobę za rękę i uśmiechamy się w geście radości z tego, co wspólnie obserwujemy.

Cieszenie się z życia mamy już we krwi.

Wszystko jest wspaniale, dopóki nie spojrzymy, że ktoś jest kawałek dalej. Albo gorzej – że ktoś znajomy jest kawałek dalej.
Nie możemy znieść, że my tu ciężko pracujemy, wypruwamy sobie żyły i odmawiamy sobie przyjemności, żeby być w czymś naprawdę dobrym i jakoś to życie ogarnąć, a ktoś ma czelność radzić sobie lepiej.

Wkurza nas to. Najzwyczajnej w świecie doprowadza nas to do łez.

Wtedy zamiast robić coś, co kochamy, zaczynamy robić tylko te rzeczy, które pomogą nam być dalej. Które popchną nas naprzód, żeby być nieco lepszym niż inni. Żeby czuć tę satysfakcję i móc podbudować nieco swoje ego.

Pasja spada na drugie miejsce. Chory pracoholizm połączony z ciągłym porównywaniem się do innych triumfuje na podium.
Zamiast cieszyć się z życia, upraszczać je, ujmować zła i dodawać ogrom dobra, my sami wrzucamy tam trudne decyzje, komplikacje i więcej rzeczy, niż jest potrzebnych.

A potem, kiedy na chwilę przystaniemy, pytamy się ludzi wokół: Ej, czemu to życie właściwie jest takie trudne?

Po prostu ciesz się z tego, co robisz. I przestań już porównywać się do innych. Twoje życie to Twoje życie. Talenty, upodobania, cele są tylko Twoje, oryginalne. Nie musisz wcale być jak ktoś, kogo podziwiasz, ani ktoś, kto jest dalej. Bo najważniejsze, żebyś żył w zgodzie z samym sobą. Wtedy reszta nie będzie miała już znaczenia.

 

To właśnie jest to, z czym sam się zmagałem.

Dałem sobie kiedyś wmówić, że praca i tak zwany „hustle” pozwoli mi zagrać o najwyższą stawkę. Ba, on pomoże mi ją w końcu wygrać. Dlatego znalazłem pierwsze miejsce, do którego chciałem dobiec. I zacząłem w tym kierunku podążać.

Po pewnym czasie dobiegłem tam. Zdobyłem. Zobaczyłem. I co?
Wybrałem następny.

Do następnego również po dłuższej chwili dobiegłem. I on też był fajny, ale tylko na chwilę. Dopóki nie zauważyłem następnego, błyszczącego już na horyzoncie.

Problem w tym, że zamiast cieszyć się z tego, co udało mi się już zdobyć, zdecydowanie bardziej wolałem skupić się na nowych celach. Bo ślepo wierzyłem, że to tam czeka na mnie szczęście, satysfakcja i wszystko, o czym głęboko w sobie marzę.
A wystarczyło tylko zwrócić uwagę na otaczającą rzeczywistość, i zobaczyć, jak piękne jest miejsce, w którym już teraz jestem. Już teraz. Nie za kilka miesięcy czy lat. Albo chociaż odwrócić się i dostrzec, jak dużo już przebiegłem.

Dobre życie, z którego jest się naprawdę zadowolonym nie opiera się na ciągłym biegu i łapaniu coraz to większej marchewki, którą ktoś wiesza Ci przed nosem na wędce.

A Ty stwierdzasz, że sam ją sobie tam powiesiłeś.

Dobre życie, takie dające ogrom satysfakcji, funu i przede wszystkim takie, które nie naruszy Twojego zdrowia (psychicznego i fizycznego) jest tu i teraz. I jest o wiele prostsze, niż Ci się wydaje.

Nie ma w nim celów postawionych na siłę, bo jakiś guru w internecie tak powiedział. Nie ma robienia rzeczy, których się nie chce i kontaktu z ludźmi, którzy mówią o Tobie złe rzeczy za Twoimi plecami.

Jest za to dużo pasji, miłości, przyjaźni oraz cudownych chwil, których nie musisz publikować w necie. Nie ma ustalonych przez samego siebie deadline’ów i walczenia o coś, co nie jest w życiu istotne.

Jest dobry balans pomiędzy pracą i biegiem a odpoczynkiem i cieszeniem się tym, co już masz na wyciągnięcie ręki.

 

Jedną z największych przeszkód w produktywności ludzi w naszych czasach jest fakt, że mamy ogromny problem z wybraniem właściwych, wartościowych rzeczy oraz ze skupieniem się na nich przez dłuższy czas.

Bo załóżmy, że wiemy już, co chcemy zrobić – pójść na siłownię, napisać tekst, pouczyć się, zrobić prezentację czy posprzątać. To już niby połowa sukcesu.

A tak naprawdę – gówno prawda. Bo to właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa.

To wtedy musisz znaleźć wewnętrzną motywację i siłę, żeby rzucić wszystkie przyjemności w kąt, odrzucić wszystkie pozostałe możliwości i zabrać się za to, co naprawdę w tym momencie ważne. Pomimo nowego filmiku na YouTubie, przyjaciółki, która pisze do Ciebie na messengerze, ciekawych fot na Instagramie, czegoś słodkiego w kuchni oraz znajomych, którzy wyciągają Cię na miasto.

Kluczem do prostego życia nie jest złapanie dziesięciu spraw i nieudolne żonglowanie nimi.
Chodzi bardziej o to, żeby znaleźć to, co naprawdę ważne i wziąć się za to wtedy, kiedy jest na to pora. A kiedy się już skończy, nie łapać się za coś następnego, tylko poświęcić tych parę chwil na dobry odpoczynek.

Na kawę i pogaduchy, na pisanie z ludźmi, na pasję, na granie w nową gierkę, na cokolwiek, co pozwoli Ci trochę odetchnąć.
Na kompletne zapomnienie o pracy.

Żeby potem znów wrócić do działania i wykonać, co do nas należy bez wchodzenia na fejsa, pisania z ludźmi, tracenia czasu i zajmowania się tym, czym nie powinniśmy.

Bo na to później też przyjdzie pora.

 


Siedzisz sobie późnym wieczorem. Próbujesz ogarnąć naukę albo projekt na jutro, dobrze wiedząc, że musisz to skończyć tej nocy. Patrzysz na zegarek – prawie dwudziesta trzecia. Patrzysz na biurko – jakby przeszedł tędy huragan. Patrzysz do kubka – tam końcówka zimnej już kawy.

I zastanawiasz się: kiedy to życie w końcu będzie proste? Kiedy ja będę miała w końcu czas? Kiedy nie będę musiała się stresować o różne rzeczy?

A przecież życie może być proste. Kwestia, żeby właściwie do niego podejść i robić te same rzeczy, które robiliśmy od dawien dawna.

Tylko w nieco inny sposób.